Sanktuarium Maryjne w Częstochowie to jedno z najsłynniejszych miejsc kultu religijnego na świecie, najbardziej znane z Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej.
Do Częstochowy przybyliśmy na kilka dni trafiając na moment gdy nie było wielkich zbiorowych pielgrzymek. A więc nie było też tłumów przed Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej. Był to dla nas czas pełnej duchowości, modlitwy, spotykania ludzi a czasem rozmowy z nimi.
Wędrując po Jasnej Górze, spotykałam pojedyncze osoby i grupy ludzi, widziałam smutek i zmartwienie. Czasem dostrzegałam coś w rodzaju złości.
Stojąc w miejscu, z którego widać prawie całą Jasną Górę, dostrzegłam, eleganckiego młodzieńca. Gdy miał mnie już ominąć, zapytałam głośno: – Czy pan też dostrzegł tutaj zjawisko smutku? Spojrzał na mnie bez mrugnięcia okiem ale zatrzymał się, co mnie nawet zaskoczyło, więc wyraziłam się jaśniej: – Czy zauważył pan, że ludzie tutaj są bardzo smutni, nikt się nawet półgębkiem nie uśmiecha.
Chłopak przybrał postawę posągową i tak przez chwilę stał. Wydawało mi się, że odejdzie bez słowa ale po chwili odpowiedział: – Tu wszyscy są zadumani. Bo to jest takie specyficzne miejsce, w którym można się zastanowić nad życiem i jego sensem. Tak myślę – stwierdził odchodząc.
Następnego dnia po wyjściu z pokoju, znalazłam się w obszernym holu Domu Pielgrzyma. Ludzie szli, jedni do wyjścia, inni do recepcji, jeszcze inni do pokojów. Zauważyłam mężczyznę poruszającego się na wózku. Poprosił kobietę o pomoc przy zjeździe z pochylni, z kolei ona poprosiła obok przechodzącego pana i ten pomógł w zjeździe. Trzymając telefon jedną ręką przy uchu, nie usłyszał więc serdecznych podziękowań od pana na wózku i nie widział jego uśmiechniętych oczu. Po chwili kolejna osoba przechodziła obok uśmiechniętego „wózkowicza”, jednak nie był to powód aby też się od-uśmiechnęła.
Wreszcie moje uśmiechnięte oczy natrafiły na te drugie oczy. Pan Józef, bo już wiemy jak się nazywamy, podjechał do mnie i zapytał czy usiadłabym na ławce i porozmawiała z nim. – Z przyjemnością – odpowiedziałam.
Co to była za rozmowa! Najpierw zapytał mnie czy widziałam tą ostatnią panią, do której on się zwrócił. Oczywiście, że widziałam, bo dyskretnie się przyglądałam. Ale nie o smutkach będziemy rozmawiać. – Na wesoło, bo w tym miejscu dusza się raduje! Szczegóły naszej rozmowy mam nadzieję wkrótce opisać, oczywiście po autoryzacji przez Pana Józefa.
W krótkim czasie naszej rozmowy, omówiliśmy czas od lat najmłodszych do teraźniejszości. Mówiliśmy o tym, że tu w tym miejscu u Matki Bożej ładuje się życiowe akumulatory, że kochamy króla instrumentów, którym są organy i jakie każde z nas miało przygody z nim związane, potem o różnych innych instrumentach, o roślinach i zwierzętach, o tym co to był „Wysrol” i o tym, że On jest zaskoczony, że ja wiem co to było. A na pewno było śmiechu co niemiara. Po tym ekspresowym tempie wymiany zdań, wspomnień i filozoficznych refleksji, rozstaliśmy się. Każde z nas ruszyło do swojej kaplicy religijnego kultu. Oczywiście mamy do siebie kontakt telefoniczny i mailowy.
Wszystkie historyjki opowiadam mojemu mężowi Grzegorzowi. Zatem on też poznał Pana Józefa z opowieści. A następnego dnia gdy opuszczaliśmy Dom Pielgrzyma na Jasnej Górze, dostrzegłam samochód Pana Józefa, a potem także i Jego obok pojazdu. I wtedy panowie poznali się w realu.
Ruszyliśmy do Opola.
Wanda i Grzegorz Milewscy
57 total views, 1 views today
[0]











