GORZOWSKA PAMIĘĆ O WŁODZIMIERZU KORSAKU

KORKOrcz 1KORSKORS2KORCZ5

23 września 2021 r. mija 48 lat od śmierci Włodzimierza Korsaka – przyrodnika, pisarza, leśnika, wychowawcy młodzieży. Urodzony 1 sierpnia 1886 r. w Anińsku na terenie dzisiejszej Rosji, do Gorzowa przyjechał z żoną Felicją w lipcu 1945 r. i zamieszkał przy ul. Słowackiego 1. Informuje o tym pamiątkowa tablica umieszczona tuż przy klatce wejściowej z napisem: W TYM DOMU W LATACH 1945 – 1972 MIESZKAŁ WŁODZIMIERZ KORSAK. PISARZ, WYCHOWAWCA MŁODZIEŻY, PIONIER OCHRONY PRZYRODY. SPOŁECZEŃSTWO MIASTA. GORZÓW 1977.

U schyłku życia, Włodzimierz Korsak mieszkał w Krakowie w Domu Spokojnej Starości przy ul. Wielickiej, gdzie zmarł 23 października 1973 r. w wieku 87 lat. Staraniem Zofii Nowakowskiej byłej dyrektor Muzeum w Gorzowie i przewodniczącej klubu Pioniera, po dziesięciu latach prochy przeniesiono do Gorzowa. By zgodnie z jego wolą spoczęły obok żony Felicji zmarłej w 1969 r., na cmentarzu komunalnym w Gorzowie. Wykonawcą pomnika, położonego w Zaułku Zasłużonych, w kształcie liścia drzewa, na którym przysiadł ptak był artysta – rzeźbiarz Jerzy Koczewski. Na czarnej nagrobnej płycie oprócz nazwisk i imion informujących kto tu jest pochowany w rogu płyty wyryto „ZŁOM” – Najwyższe Odznaczenie Polskiego Związku Łowieckiego.

W parku Górczyńskim, 23 września 2011 r., w 38. rocznicę śmierci odsłonięto  pomnik Włodzimierza Korsaka. Przy pomniku umieszczono tablicę o treści: WŁODZIMIERZ KORSAK. UR. 1.08.1886 R. – ZM. 23.09.1973 R. NACZELNY ŁOWCZY LASÓW PAŃSTWOWYCH RZECZYPOSPOLITEJ (1923-1925), ŁOWCZY LASÓW PAŃSTWOWYCH NA WILEŃSZCZYŹNIE (1929-1939), ŁOWCZY PRZY DYREKCJI LASÓW PAŃSTWOWYCH W GORZOWIE WIELKOPOLSKIM (1945-1959), MYŚLIWY, LEŚNIK, PISARZ, MALARZ, RYSOWNIK I FOTOGRAFIK PRZYRODY.

Jego imieniem nazwana jest również jedna z ulic Gorzowa. Jest to boczna droga, odchodząca po prawej stronie od ulicy Warszawskiej, w peryferyjnej części.

Niedaleko Gorzowa, w Kłodawie na terenie siedziby Nadleśnictwa Kłodawa przy ul. Gorzowskiej 31, w zabytkowym budynku dawnej wozowni znajduje się Izba Pamięci Włodzimierza Korsaka tzw. „Korsakówka”.

Tekst i foto

Helena Tobiasz

26 total views, 4 views today

W NIEDZIELĘ POLICZĄ WIERNYCH

W najbliższą niedzielę 26 września odbędzie się liczenie wiernych. Zebrane w tym dniu dane zostaną opracowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, który przedstawi statystykę frekwencji na niedzielnej Mszy św. oraz przyjmowania Komunii św. dla całej Polski i dla poszczególnych diecezji.
Badania te są w Polsce prowadzone systematycznie od 1980 r. Wyjątkowo liczenie nie odbyło się w roku ubiegłym ze względu na sytuację pandemiczną i obowiązujące wówczas ścisłe limity  ograniczające obecność wiernych w kościołach. Najnowsze opublikowane dane dotyczą roku 2019. W niedzielnej Mszy św. w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej uczestniczyło wówczas 26,5% zobowiązanych do tego wiernych (średnia dla Polski – 36,9%). Do Komunii św. przystępowało natomiast 12,6% (średnia dla Polski 16,7%). Szczegółowe raporty – również z lat poprzednich – dostępne są na stronie www.iskk.pl.

21 total views, 1 views today

MIERZĘCIN – SPOTKAJMY SIĘ W DOBRYM ŚNIE

Link jest zaproszeniem do obejrzenia zdjęć, które są dokumentem nowej historii odbudowy Pałacu w Mierzęcinie i odzwierciedlają bogate i barwne wspomnienia dr Roberta Wójcika, które miałam przyjemność wysłuchać i wziąć udział w ich opracowaniu.

https://www.youtube.com/watch?v=d9yxaRUlZXU

 MIE5
 Na zdj. współautorka w Mierzęcinie w 2017 r. Marzanna Leszczyńska
MIerz robert5
Na zdj.dr inż. Robert Wojcik administrator Pałacu Mierzęcin w latach 1998 – 2008

 

Motto :  „Wspomnienia czasem nie dają zasnąć, ale bez                                                               wspomnień, nie ma czego śnić” Sławomir Kuligowski                                                                       (reżyser, aforysta)

Czas odbudowy, czy też inaczej – odrodzenia Mierzęcina – to było coś takiego jak dobry sen. Po tych kilkunastu latach zastanawiam się czy ja w tym wszystkim uczestniczyłem – czy to jest prawda co tam się wydarzyło… To wszystko było wyjątkowe, niepowtarzalne – najprościej powiedzieć – „piękne”, a pojęcie tego słowa nie można rozpatrywać w przypadku Mierzęcina tylko w kategorii estetycznej. Tak jak w parku mierzęcińskim nie znajdziemy dwóch identycznych liści, drzew czy roślin co jest dziełem natury, tak znajdziemy tam ich kompozycje barw, światła, przestrzeni i harmonijnego ładu, idealnie i prosto wpasowującego się w całość – co jest dziełem wrażliwości ogrodnika. Tak też w każdej odrestaurowanej tam budowli jest inna koncepcja, pomysł, rysunek. Tam każdy element jest namaszczony umysłem i ręką człowieka – historyka, architekta, projektanta, murarza, cieśli, stolarza, sztukatora, kamieniarza, elektryka, instalatora – jego wiedzą, talentem, ciężką pracą, dociekaniem, odkrywaniem, wysiłkiem, trudem, nieprzespanymi nocami, nerwami, emocjami, czasami udręką, ale zawsze zakończone ekstazą….

Powiedzmy sobie szczerze – Ci, najogólniej mówiąc rzemieślnicy, fachowcy – nie przechodzą do historii i zazwyczaj po pewnym czasie pozostają „bezimienni”. I tak, jak do dzisiaj do końca nie wiemy, kto był autorem projektu (architektem) pałacu w Mierzęcine za czasów Roberta von Waldow (patrz „Mierzęcin i to co zaciera czas” –adres linku – http://wandamilewska.pl/?p=13107) – tak samo można powiedzieć, że już tylko nieliczni wiedzą (a większość nad tym się nie zastanawia, co jest rzeczą absolutnie zrozumiałą, przypisując dzieło budowy czy odbudowy – właścicielowi, który poniósł ciężar finansowy tego przedsięwzięcia) – czyjego autorstwa jest fenomen jego rewitalizacji. A to przecież było raptem kilkanaście lat temu. Do historii przechodzą inwestorzy – i chwała im za to – bez środków finansowych firmy Novol, wypracowanych pracą wielu osób, bez wizji właścicieli, ich twórczej pasji i chyba marzeń oraz chęci stworzenia czegoś niepowtarzalnego – co bardzo ważne – bez „szumu, zgiełku i sensacji” oraz w poczuciu skromności i pokory do postawionego sobie zadania – Mierzęcin by nie istniał – dziś byłby na zapomnianym śmietnisku swoich dziejów.

Rozstanie z tym miejscem ( sierpień 2008), z którym zawsze byłem i jestem emocjonalnie związany – przywraca moje wspomnienia do tego okresu – czasu jego odbudowy, odrodzenia – tej jego nowej historii, a przede wszystkim do ludzi, którzy w tym uczestniczyli. I tak jak u każdego człowieka zazwyczaj różne emocjonalne przeżycia pojawiają się w snach ( dobrych snach – bo są też złe) – tak w moim przypadku – właśnie tam spotykam się z tymi osobami. To chyba jest jakiś znak, a może to magia tego miejsca doprowadziły do niego naszą koleżankę – historyk sztuki Marysię Żuk – Piotrowską – „kopalnię wiedzy historycznej o Mierzęcinie”, a dalszy rozwój wypadków sprawił, że mieliśmy wspólnie z moją żona Alicją szczęście współtworzyć to miejsce (patrz „Powrót do Mierzęcina” adres linku –http://wandamilewska.pl/?p=12312). Skoro takie są znaki czasu, warto, chociaż na chwile spotkać się jeszcze raz.

Aby to był najbardziej wiarygodny dobry sen i żeby opierał się o fakty i prawdy tego okresu – musimy otworzyć pudła „pamięci – archiwa” naszej koleżanki Marii – od notatek ręcznie pisanych w kalendarzach, notatnikach, pamiętnikach…. luźnych karteczkach , wycinkach prasowych, szerokiego zbioru korespondencji praktycznie z całego świata, setek kartek różnych kserkopii, dokumentów i zdjęć związanych z całą historią Mierzęcina – do opracowań i publikacji naukowych – które były wygłaszane na konferencjach krajowych i zagranicznych. Bardzo szkoda, że były przez pewien czas przykryte „kurzem” historii (chyba nieświadomie …). Jest tam włożony ogrom pracy dociekliwego i wrażliwego historyka – ale nie ma tego złego co by nie wyszło na dobre – na pewno z biegiem czasu nabiorą pewnego „smaku”, bo chęć  poszerzania wiedzy każdego człowieka  zawsze wygra nad  niewiedzą i bylejakością  intelektualną .

Otwieramy pudła ……. i cofnijmy się do końcówki lat dziewięćdziesiątych XX wieku .

Początkowy okres związany z administrowaniem tego zdewastowanego obiektu (pałac w ruinie, park przypominający busz, cały kompleks folwarczny z zabudowaniami – totalna ruina, setki hektarów ugorów) był dla mnie trudny. Świadomość, że mam być „nową miotłą” (jak nazwał mnie jeden z mieszkańców Mierzęcina) i mam postawione pewne zadania – stawiała mnie na baczność każdego ranka. Pracy się nie bałem – bardziej ludzi i kontaktów z nimi – mówię przede wszystkim o społeczności lokalnej. Mierzęcin, to prawie 33 letnia historia ( 1959-1992) istniejącego tam Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Opowieści – o tym co było w pałacu – stołówka, świetlica, klubokawiarnia, biura, mieszkania, przedszkole – a jakie były tu potańcówki, a jakie były bijatyki, ile to było byków czy owiec w oborze, a co się działo jak był pomór zwierząt. Albo jak pijane krowy chodziły po folwarku, bo przez przypadek (a było to często) dawano im przefermentowane odpady pogorzelniane, a co się działo w dniu rozlewu spirytusu (bodajże czwartek każdego tygodnia) – „Panie Robercie – wszystko było pijane, a chłopy na drugi dzień nie byli do życia – wszyscy –od oborowych po traktorzystów”. Oj, dużo barwnych wspomnień panów portierów – dozorców : Zbigniewa Kielera, Mariana Błaszczyka, Józefa Płucienniczaka, Józefa Pieńkosa  i ich szefowej – pani Krystyny Furmanek – (pani Krystyna była moją „podporą” w całym okresie administrowania). Każda z tych osób o innej mentalności, osobowości, poglądach – ale wszyscy z nich – niespotykanie sumienni , niezwykle zaangażowani, pracowici – słowem – mogłem na nich polegać i bardzo mi pomogli w trudnym okresie mojej adaptacji w Mierzęcinie. W tym czasie moim pierwszym biurem –  był kontener (pierwszy sklep firmy Novol) , który był jednocześnie stróżówką – portiernią. Pałac, przed jego odbudową był już wtedy ogrodzony płotem z siatki drucianej, a dyżury były całodobowe.

Wyczuwałem w rozmowie z nimi , że nowy właściciel, (którego reprezentowałem) wzbudza w szeroko pojętej społeczności lokalnej – pewną nieufność czy niepewność – jaki będzie, jakie wprowadzi nowe porządki – dobre lub złe, albo inaczej – akceptowane lub nie do przyjęcia. Ta nieufność co do intencji i zamierzeń spotęgowana została wizytami niektórych członków rodziny von Waldow (krótko mówiąc – Niemców), których wcześniejsze odwiedziny w Mierzęcinie powodowały fale domysłów i plotek. Oczywiście bałem się konfliktów i miałem świadomość, że muszę zrobić wszystko aby ich uniknąć. Musiałem wzbudzić zaufanie. Trudno to się robi w atmosferze dużej obojętności i powiedzmy sobie szczerze – nieprzychylności  ludzi chodzących czy mieszkających na folwarku – ba! – przecież to wszystko ich – to nasz PGR -bo tak wtedy nazywano pałac, park, folwark…. W ich  mentalności to był ich teren. Już po bardzo krótkim czasie przestałem się temu dziwić – zrozumiałem, że przecież był to ich dawny zakład pracy gdzie pracowali przez wiele lat ( w latach 80 było tam zatrudnionych ponad 120 osób, a cały „majątek” miał obszar ponad 1200 ha). Wiedziałem, że będzie bardzo trudno zmienić ich sposób myślenia dotyczący prawa własności. Gdzieś tam wymawiane szeptem słowa – Po co jakiś administrator ? Ta cała spółka, która kupiła pałac to pewno jakaś „spółka jaskółka” – dziś jest, a jutro jej nie ma. Co – on nas tu będzie kontrolował ? Kto to jest – jakiś doktor? – znalazł się lekarz…My już tylu przeżyliśmy niejednego kierownika PGRu – i nie jednego wywieźliśmy na taczkach….Jak za bardzo będzie brykał –to go załatwimy….Napis na ścianie dawnej powozowni a obecnym centrum konferencyjnym „ABSTYNENCJA TO CHOROBA” czy „NARKOMANIA GÓRĄ” – mówiły same za siebie i nie napawały optymizmem.

Jak też się szybko okazało – w każdej społeczności lokalnej, znajdą się też ludzie którzy, bardzo przychylnie i z entuzjazmem podchodzą do nowych zmian, które miały nastąpić, chociażby wspomniani już panowie dozorcy i ich rodziny, czy też pani Krysia ze swoim mężem panem Stanisławem. Natomiast wyjątkową osobą i bardzo pomocną w zrozumieniu mentalności i oczekiwań był młody gospodarz – sołtys wsi a zarazem szef Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP)pan Józef Pater – po pewnym czasie – wspaniały kolega – dla mnie Józek –do dziś. Inicjator, pomysłodawca, twórca wielu dobrych rzeczy, które powstały czy wydarzyły się we wsi Mierzęcin (budowa boiska piłkarskiego z zapleczem, wspólne festyny typu „Dni Dziecka” czy „Dożynki” , rajdy rowerowe, zabezpieczenie przeciwpożarowe i organizacyjne przy masowych imprezach jak np. „Święto Konia” czy Mistrzostwa Polski „w gotowaniu na ognisku”…). Postać, na którą zawsze mogłem liczyć, a przy tym niezwykle skromna i bezinteresowna – tak jak jego grupa kolegów z OSP. W czasie wieczornych rozmów z Józkiem urodziło się wiele pomysłów i planów, których mottem przewodnim była „wspólna praca”, dużo twórczej emocji, więcej wyważonej stanowczości i konsekwencji działań, inicjatyw, które integrują. Dziś, z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć – to się wszystko wydarzyło i spełniło. Mam nadzieję, że te słowa dotrą do Józka i do jego kolegów i kiedyś się jeszcze spotkamy i powspominamy.

Różne nerwowe sytuacje czy też zdarzenia, spowodowały, że musiałem trochę odreagować – ludzie są tylko ludźmi – ale największą przyjaźnią i przywiązaniem …obdarzył mnie kundelek – pies (coś z jamnika) „ Misiek”, który po pewnym czasie stał się ulubieńcem nie tylko moim. Kupiłem go po długich pertraktacjach od jednej z rodzin zamieszkującej oficynę. Zakup kosztował mnie 100 zł – bo psa nie daje się za darmo, ale głównym czynnikiem dobicia targu był litr wódki. W tym czasie to była „waluta”, za którą można było wiele rzeczy kupić, załatwić, przekonać na wsi. Drugą walutą było drewno – jako materiał do palenia zimą w piecach – praktycznie przy każdym domostwie były widoczne jego stosy czy hałdy. Tyle kosztowała mnie ta przyjaźń….. Po pewnym czasie do „ Miśka” dołączył inny kundelek – „ Munio” lub inaczej „Mucha” – i to był już duet – pieskowych „ordynatów” na Mierzęcinie. Wśród miłośników psów krąży taka anegdota, że ich właściciele, dzielą się na tych, którzy śpią razem w łóżku ze swoim pupilem i na tych, którzy nie przyznają się do tego. Mogę powiedzieć, że pieski te niejedną noc spędziły „na pokojach” w pałacu… To były wyjątkowo wierne i czułe czworonogi, które swoją radość i przywiązanie okazywały w niezwykle serdeczny sposób. Często pamiętam widok przy nowej portierni (dawnej kuźni) jak z utęsknieniem i „psimi” emocjami czekały w każdy wtorek (skąd one wiedziały ?!) na przyjazd jednego z panów prezesów, który darzył ich wielką przyjaźnią i przywiązaniem. Moment powitania to widok uśmiechniętych, pyszczków, merdających ogonów, przymilania się, charakterystyczne szczekanie, że wreszcie przyjechał…

Wróćmy do procesu odbudowy ….w tym dobrym śnie.

Kompleks pałacowo-parkowo-folwarczny w Mierzęcinie jest jednym z niewielu udanych przykładów rewitalizacji zabytkowego zespołu na terenie zachodniej Polski, a na pewno „złotą wizytówką” ziemi lubuskiej. Dla przypomnienia – najpierw latem 1998 roku – zakupiono  neogotycki pałac wraz z parkiem krajobrazowym (łączna powierzchnia około 15 hektarów), a wiosną 1999 roku dokupiono przylegający do niego folwark z licznymi ceglanymi zabudowaniami powstałymi za czasów ordynacji Roberta von Waldow (oficyna, wozownia, gorzelnia, stajnie, obory, stodoła, stelmacharnia, kuźnia…) jak i zabudowaniami, przybudówkami, szopkami, obórkami i cielętnikami powstałymi w okresie istniejącego tam PGRu (powierzchnia ok. 5 ha). Oprócz ww. budynków zakupiono w tym samym czasie ponad 150 ha nieużytkowanych gruntów rolnych, 3 ha lasów i uzyskano dzierżawę 22 hektarowego jeziora Mierzęcińskiego. Cały ten kompleks był bardzo scalony i stanowił jednolitą spójność. Nie obyło się bez niespodzianek – okazało się bowiem, że wraz z folwarkiem sprzedano wiejską hydrofornię, część starego poniemieckiego cmentarza, a nie uwzględniono zabytkowego traku, przylegającego obecnie do budynku kręgielni – co było to raczej efektem pewnego nieładu w dokumentacji  AWRSP pod względem geodezyjnym i notarialnym, wynikającym z transformacji przekształceń własnościowych w tych czasach. Poważną, a zarazem delikatnym sprawą było wykwaterowanie i znalezienie nowych mieszkań dla lokatorów zamieszkujących oficynę, czy wykup budynku – obecnej rządcówki, który był zamieszkały przez prywatnych  właścicieli. Z biegiem czasu – sprawy własności zostały pozytywnie rozwiązane, przy co ważne – wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu interesów obu  stron.

Wstępna analiza stanu posiadania i koncepcji adaptacji oraz rewitalizacji wskazała na szereg trudności i problemów, pod względem wymagań stawianych przez służby konserwatorskie i obowiązujące przepisy budowlane jak i ustalone czy zaplanowane funkcje przez właścicieli obiektu. Z tego też względu, patrząc z perspektywy czasu, prace były prowadzone w pięciu kierunkach – rewaloryzacja założenia parkowego i wkomponowania w niego nowej infrastruktury rekreacyjnej, rekultywacja i zagospodarowanie pól (to osobne wspomnienia, chociażby ze względu na urok i magię parku, proces zagospodarowania pól i założenia winnicy –pojawią się już niedługo….), renowacja pałacu, rewaloryzacja zabytkowego założenia budynków folwarcznych i stworzenie nowej, szeroko pojętej infrastruktury technicznej. Jak się szybko okazało ta ostatnia nie była w stanie spełnić potrzeb i wymagań przyszłego kompleksu wypoczynkowego z dużym zapleczem rekreacyjnym. Najogólniej mówiąc – chodziło o zaopatrzenie w prąd, energię do celów grzewczych, zaopatrzenie w wodę, odbiór ścieków, gospodarkę odpadami, media teletechniczne, strukturę całej komunikacji drogowej, sprawy związane z ochroną ppoż. i ochroną środowiska. Wszystko trzeba było zaprojektować, wybudować czy przebudować na nowo. Reasumując ten wątek – w decyzji zakupu zabytkowej substancji i jej rewitalizacji na cele komercyjne, potencjalni inwestorzy powinni sprawdzić rzetelność map geodezyjnych, wszystkie kwestie własności czy praw do użytkowania, ocenę (oraz możliwości rozbudowy) zastanej, szeroko pojętej infrastruktury technicznej, energetycznej, środowiskowej i komunikacyjnej, uzbrojenia terenu w media przy uwzględnieniu wszelkich aspektów wynikających z prawa budowlanego i wymagań konserwatorskich, których końcowym efektem jest uzyskanie pozwolenia na jego użytkowanie.

W przypadku Mierzęcina – proces rewitalizacji substancji budowlanej zaczął się … od ogłoszenia w gazecie – niestety nie wiem jakiej, które ukazało się na początku drugiej połowy 1998 roku – „W z związku z planowaną rekonstrukcją Zabytkowego Zespołu Pałacowego z XIX wieku o powierzchni …. zlokalizowanym …. poszukujemy generalnego projektanta z uprawnieniami konserwatorskimi …. solidnych wykonawców z zakresu prac … itd. itp. W efekcie tego ogłoszenia prace projektowe powierzono Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków (PPKZ) ze Szczecina kierowanej przez pana Stanisława Miłoszewskiego. Architektem prowadzącym i autorem projektu została pani Barbara Garncarz, która faktycznie prowadziła później zdecydowaną większość prac projektowych związanych z budynkami na folwarku. Pani Barbara Garncarz – miała o wiele trudniejsze zadanie niż jej poprzednik – pierwszy (nieznany) architekt pałacu w Mierzęcina. Zasadnicza trudność tego przedsięwzięcia polegała na zachowaniu równowagi pomiędzy zastaną substancją zabytkową (siedziba rodowa), jej odnową i jednocześnie adaptacją pałacu do nowych potrzeb i celów w wymaganym standardzie, co wiązało się z wkomponowaniem nowych „ obcych” elementów w przestrzeń budowli. Bardzo mile wspominam panią Basię, która była częstym gościem w toczącym się procesie odbudowy (nadzór autorski nad realizowanymi projektami, konsultacje projektowe). Pamiętam jak często witała mnie – porównując moją osobę do Bogumiła Niechcica z „ Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej – chyba coś w tym było – na pewno ubłocone buty Bogumiła i moje ubłocone gumofilce, z których praktycznie „nie wychodziłem” przez trzy lata począwszy od roku 1999.

W pierwszym etapie – jesienią 1998 roku wykonano pełną inwentaryzację obiektu, ekspertyzę techniczno – budowlaną oraz mykologiczną ( bo ze ścian i futryn wyrastały dorodne grzyby), a wiosną 1999 roku przeprowadzone zostały badania kolorystyczne elewacji i wnętrz pałacu. Z biegiem czasu PPKZ wykonała również kompleksowy projekt zagospodarowania całego terenu, który porządkował kwestie komunikacyjne i zaopatrzenia technicznego dla całego zespołu pałacowo-parkowo-folwarcznego. Innych osób związanych z pracownią – ich imion i nazwisk niestety już nie pamiętam, ale mogę powiedzieć , że był to sztab ludzi – fachowców, projektantów, inżynierów, którzy z dużym pietyzmem podchodzili do swoich zadań i obowiązków, a przy tym byli niezwykle serdecznymi ludźmi w kontaktach międzyludzkich. Na podstawie tych ekspertyz został wykonany projekt budowlany (bardzo obszerny pod względem ilość tomów dokumentacji ) i pamiętam, jak wspólnie z dyrektorem PPKZ panem S.Miłoszewskim ledwo zmieściliśmy go do samochodu, kiedy zawoziliśmy go do Wydziału Architektury i Budownictwa w Strzelcach Krajeńskich –  do pani naczelnik Janiny Pietrowicz – celem uzyskania pozwolenia na budowę. Nie znałem tej pani, ale przed przyjazdem umówiłem się telefonicznie na wizytę, bo uważałem to za stosowne. Był to piękny, słoneczny  dzień – dokładnie 2 czerwca 1999 roku. Osobiście byłem zaskoczony, że jechał ze mną pan Stanisław Miłoszewski na to spotkanie, ale jak mi wytłumaczył w drodze – jego obecność , przy tak poważnym i raczej nieczęsto spotykanym projekcie związanym z adaptacją i modernizacją pałacu jako osoby kierującej pracownią, dodaje powagi sytuacji – bo jak wtedy określił, urzędnicy wydający pozwolenia – są delikatnie mówiąc – różni. Pani naczelnik przyjęła nas, odebrała dokumentację, a cała wizyta trwała może kilkanaście minut. W dniu 18 czerwca odebrałem ze Starostwa decyzję nr 35/99 wraz z opieczętowaną dokumentacją, a pani Janina Pietrowicz, życzyła mi jako osobie reprezentującej inwestora – powodzenia w realizacji przedsięwzięcia. Chyba w końcu czerwca 1999 roku, otrzymałem telefon od jednego z właścicieli, że zawitają dzisiaj w Mierzęcinie – przedstawiciele głównego wykonawcy firmy Kielart Sp. z o.o. ze Szczecina– byli to pan Roman Wasiłek prezes firmy oraz kierownik budowy pan Kazimierz Kaszak. Panowie byli bardzo zadowoleni tym, że właśnie oni wygrali przetarg na generalnego wykonawcę. Rozpoczął się proces odbudowy pałacu.

Cóż – firma rozpoczęła pracę z dużym zgrzytem – to były początki lipca, chyba 6 lub 7 dnia tego miesiąca, pierwszy dzień rozpoczęcia jakichkolwiek prac remontowych w pałacu – niestety, ale autorem tego zamieszania byłem ja. Już na samym początku organizacji budowy byłem trochę zaskoczony, po prostu myślałem, że przyjadą ze Szczecina budowlańcy – fachowcy. Ku mojemu zaskoczeniu – został dokonany nabór pracowników przez kierownika budowy, który opierał się głównie na ludziach z Mierzęcina i pobliskich okolic. Nie miałem nic przeciwko temu – to może i dobrze – wtedy w tym rejonie było 30 % bezrobocie, a taki pomysł integrował społeczność lokalną, a inwestor nabierał zaufania i szacunku.  Zresztą pierwszą osobą, która to zrobiła był pan Waldemar Kufit, szef firmy Wal – Bud. To on wraz ze swoimi pracownikami od chwili zakupu pałacu (od początku drugiej połowy roku 1998) wykonał pierwsze prace remontowe zabezpieczające pałac i jego elementy zabytkowej architektury przed dalszą dewastacją, wywiózł z ruin pałacu ponad 400 ton gruzu i śmieci, wykonał ogrodzenie zaplecza budowy i je oczyścił, zabezpieczył z niezwykłą starannością wszystko co jest cenne i ma wartość zabytkową. To dzięki niemu został zabezpieczony dach, a wody opadowe skierowano do prowizorycznych, ale skutecznych rynien. Koniecznie należy wspomnieć, że przeniósł z jednej ze sterczyn w fasadzie pałacu gniazdo bocianie na specjalną platformę na słupie obok budynku – bo….jak wiadomo bociany i ich gniazda podlegają ochronie konserwatora przyrody i nie można ich tak po prostu usunąć. Jakże prorocze okazały się słowa Brigitte von Waldow, która odwiedzając zdewastowany pałac w 1985 roku tak powiedziała do swojego męża : Eberhardzie, wiesz przecież, że dzieci głęboko wierzą w to, że bociany przynoszą dzieci. A dzieci to przyszłość. Może dla tego miejsca jest jeszcze jakaś nadzieja?!” (patrz „Historie i historyjki Mierzęcińskie” autorstwa Eberharda von Waldow). Tak, pan Waldek był jednym z tych, który przywrócił tą nadzieję. Praktycznie wykonywał wszystkie prace mieszkańcami Mierzęcina – wtedy młodymi mężczyznami bez przygotowania, a dziś po latach o niektórych można powiedzieć, że są fachowcami wysokiej klasy. To osoba, która „czuje” budownictwo i jakość jego wykonawstwa. Był bardzo stanowczym i wymagającym nauczycielem, jednocześnie bardzo twórczym i otwartym na wszelkiego rodzaju wyzwania. Kontynuator zdecydowanie większości prac rozbiórkowych, renowacyjnych (jeśli chodzi o elewacje), murarskich, ciesielskich, dekarskich, malarskich , wykończeniowych – słowem wszystko co związane z budownictwem na terenie folwarku. Oficyna, gorzelnia (obecnie restauracja Destylarnia i Pub), powozownia zaadaptowana na centrum konferencyjne, stajnia, część hotelowa nad stajniami, stodoła, garaże, stelmacharnia, woliera, dawna kuźnia – obecnie portiernia, kręgielnia, garaże, płot, rządcówka , kapliczka ….i i wiele innych rzeczy czy detali budowlanych – powstało przy udziale firmy Wal-Bud. Abstrahując od poczynań budowlanych, pan Waldek uwielbiał tworzyć pewnego rodzaju dowcipne i śmieszne sytuacje. Pamiętam jak pewnego ranka poszła informacja w „wieś”, że uruchomiono produkcję spirytusu. Autorem tej plotki był pan Waldek. Dymiący komin przy gorzelni utwierdził wielu mieszkańców Mierzęcina, że jest to prawda. Był świadectwem tego, że produkcja zacieru ruszyła i jest on podgrzewany w kadziach. Na folwarku zebrała się grupa osób (głównie mężczyzn, dawnych pracowników PGRu), którzy żądali informacji. Padały nawet takie pytania, czy spirytus będzie z sorga czy z ziemniaków…. Jakież było rozczarowanie, kiedy ktoś z pracowników pana Waldka poinformował, że tylko sprawdzają drożność i tzw. cug komina. Wielu panów było zawiedzionych i wręcz rozczarowanych tą wiadomością, a żeńska społeczność bardzo się ucieszyła – że to tylko była plotka. Ta sytuacja pokazywała – jak musiało być w Mierzęcinie za czasów istniejącego tam PGRu i funkcjonującej tam gorzelni.

Wracając do zgrzytu czy falstartu – jak się szybko okazało – firma Kielart – specjalizująca się w konserwacji zabytków – chyba nie wyczuwała i nie znała standardów jakości i wymogów właścicieli obiektu. Ten poranny „atak” pamiętam dosłownie minuta – po minucie. Kierownik budowy chodził i wskazywał co ma być usunięte – „bo to na nowo trzeba zrobić, bo to się do niczego nie nadaje …” Jako administrator obserwowałem te akty wandalizmu – nie wytrzymałem i wszedłem do pałacu. Wynoszono i niszczono wszystko…… od kamiennych schodów, którymi chodził Robert von Waldow po drzwi wejściowe, które zrobił stolarz z tamtej epoki…. Absolutnie nie winiłem w myślach ludzi, którzy to czynili, ale nawet na ich twarzach zauważałem pewnego rodzaju zakłopotanie i zdziwienie, że muszą coś tak dziwnego, a zarazem okrutnego robić – w końcu wykonywali polecenia kierownika budowy. Nie mogłem na to patrzeć – na te łomy i kilofy w ich rękach i już po pół godzinie reakcja była bardzo szybka, stanowcza i zdecydowana – krótki telefon do prezesa i błyskawiczna decyzja zamknięcia budowy.

Następnego dnia odbyło się spotkanie przedstawicieli inwestora, wykonawców przy współudziale projektantów – chwilami bardzo burzliwe, nerwowe, ale stanowcze w swoich decyzjach. W notesie (w zasadzie kalendarzu) Marysi jest kapitalna notatka – „było głośno i czasami niecenzuralnie”. Pan prezes – jeden z właścicieli obiektu, który niezwykle zaangażował się w proces budowlany, wytłumaczył „po męsku” jakie będą obowiązywać tu porządki i czego oczekuje od fachowców do spraw renowacji zabytków – na pewno „nie łomu i kilofa”. Był to długi dzień, pełen różnych rozmów i ustaleń i uświadomieniu wykonawcy, że w Mierzęcinie będzie obowiązywać zasada – „wierz, ale sprawdzaj”. To był dzień, który jak się okazało – przyniósł niespodziewany efekt – a w zasadzie metamorfozę do tych kilkunastu minut, które przeżyłem poprzedniego dnia. Z ręką na sercu mogę powiedzieć , że już się one nigdy nie powtórzyły. Od tej chwili – ustalono, że co każdy wtorek w tygodniu – będzie się odbywać „rada budowy”. Musiałem szybko zaadaptować jedno z pomieszczeń oficyny na salkę konferencyjną. W okresie chłodów, ogrzewaliśmy ją tzw. „kozą”. Trzaskające, palące się drewno, lekki zapach dymu, potężny stół wykonany systemem gospodarskim z nieheblowanych, sękatych desek – wszystko to powodowało swoisty nastrój. Było przytulnie i ciepło, a wspaniałe kanapki pani Krysi Furmanek, czy też słynne ciasta (szczególnie „orzechowiec”) pani Hanny Pieńkos ( obecnie Hanny Kruszczyńskiej)- jednej z pierwszych pań zatrudnionych do prac w parku  – umilały „wtorkowe” spotkania. Było na pewno nie „pałacowo”, ale „swojsko, twórczo i smakowicie”, jak często mówili uczestnicy tych narad. Śmiałem się zawsze jak w poranne wtorki, pierwsze pytania jakie padały od uczestników narad , którzy wchodzili do oficyny – „ jakie dziś ciasta upiekła pani Hania ?

Od tego wydarzenia, mówię o słynnym dniu likwidacji „łomu i kilofa” (szczęście niebywałe, że był to dosłownie prolog odbudowy) rozpoczął się „dobry sen”, który jest może zaprzeczeniem pewnej mądrej sentencji znanego czeskiego pisarza Milana Kundery – „To, co w snach jest najpiękniejsze, to niewiarygodne spotkanie ludzi i rzeczy, które w normalnym życiu nigdy by się nie spotkały”. O procesie samej budowy, spotkanych i poznanych tam osobach , przedziwnych sytuacjach, twórczych rzeczach, które tam się wydarzyły, ciężkiej pracy robotników, rzemieślników nie jest łatwo i ciekawie opowiedzieć. Powiem jedno, że ten cały okres mojego pobytu w Mierzęcinie był chyba jakiś nienormalny, chociażby przez fenomen pracy ludzi, ich zaangażowania, wzajemnego poszanowania, starań w dążeniu do ideału. Cieszę się, że byłem członkiem tego zespołu – zaznaczam zespołu, który odrodził Mierzęcin wizualnie i mentalnie. W swoim życiu uczestniczyłem w kliku realizacjach związanych czy to z budową czy odbudową, ale nigdy nie spotkałem się (i chyba już nie spotkam) z czymś takim. To był swego rodzaju ewenement – który był niezwykły w swoich faktach i dokonaniach, przyświecała mu nuta szczęścia, a dobry los i splot różnych wydarzeń sprawił, że stał się pewnego rodzaju misją – misją zespołu dobrych ludzi. Tam nie było zła, a dobre cechy przesądziły, że każdy był tam twórcą. Tam się chyba wtedy zatrzymał czas – piasek w klepsydrze się przesypywał – ale go nie ubywało i przybywało. Dał nam chyba wszystkim jakąś szansę – szansę tworzenia. Pojęcie czasu nie jest rzeczą materialną, jest przemijający, ale wtedy – w tej świadomości, pomysłach, dokonaniach – tego zespołu ludzi – zbudował niespotykaną rzecz – wrażliwość i wiedzę w ocenie różnic między niechlujstwem a perfekcją, chaosem a harmonią, czy brzydotą a pięknem – tym pięknem „ co będąc dobre jest przyjemne” a jednocześnie niezwykle wyrafinowanie uderzające swoją prostotą. Wydaje mi się, że dzisiejszy blask tego zabytkowego kompleksu pałacowo-folwarczno- parkowego polega na tym , że w okresie jego rewitalizacji przywrócono mu wszystkie wartości kulturowe, a przede wszystkim wartości ducha i umysłu człowieka, jego wrażliwości i chęci tworzenia – historyka, projektanta, ogrodnika, rzemieślnika czy szeregowego pracownika budowlanego – po prostu mówiąc – normalnego, zwykłego człowieka. Wtedy, w okresie rewitalizacji była zachowana autentyczność, unikatowość, historia, artyzm, integralność, tożsamość i użyteczność społeczna. Każdy człowiek uczestniczący w tym odrodzeniu Mierzęcina świadomie czy nieświadomie pragnął i poszukiwał piękna, prawdy, dobrych przeżyć, szacunku do pracy i do swojego bliźniego – i na pewno pozostawił tam swoje pozytywne emocje i wrażliwość.

Często się zastanawiam czy ci wszyscy ludzie mieli świadomość, że w tym procesie jego „przywrócenia żyjącym i historii” zostawili tam cząstkę swojej duszy ? Chyba nie mieli tej świadomości – i ci co tworzyli i ci którzy to finansowali….

Firmy i ludzie związani z odbudową pałacu czy zespołu budynków folwarcznych? Lista jest bardzo długa i zajęłaby kilka stron tekstu. Ograniczę się tylko do nazw firm (które pamiętam i jednocześnie znalazłem w zapiskach Marii – na pewno nie wszystkie). Żyjemy w dziwnych czasach, gdzie straszy nas „RODO” , dlatego też jeśli chodzi o osoby, ograniczę się tylko do tych, z którymi łączył mnie kontakt towarzyski. O niektórych już wspomniałem. Swoją drogą, w okresie odejścia z Mierzęcina, przekazałem swojemu następcy całą dokumentację związaną z procesem odbudowy – to były prawie trzy szafy dokumentów – różnych, ale kompletnych i dokładnie opisanych tematycznie. To już jest jakaś dla mnie historia, której nie jestem już gospodarzem – aczkolwiek wiem gdzie to kompletne archiwum zostawiłem – w oficynie w jednym z pomieszczeń biurowych. Mam nadzieję, że jeszcze do dzisiaj ono tam jest – no chyba, że zostało gdzieś  przeniesione w nieznane mi miejsce.

Wspomniana firma Kielart (generalny wykonawca odbudowy pałacu) wspierała się firmami podwykonawczymi – te, które pamiętam to: „DORTEX”, „ PPU TERMO”, „ BUDMED” , „EMBUD”, „EKO-CALOR”, „TEST”, „ISKRA”, „INSTAL-HURT”, „OSMET i MG Technik”, PRACOWNIA STOLARSKA KAZIMIERZA PŁONKI, PARKIETY KUCZYŃSKIEGO. Niezwykła była ekipa pana Tadeusza Brzęczka – górali z Limanowej – wyjątkowych fachowców…tylko jacyś dziwni oni byli – nie pili – no może jak to mówili „herbatę z prądem”. Byli wykonawcami wielu prac w pałacu (ciesielskich, dekarskich, murarskich) jak i na terenie folwarku (odbudowa zabytkowego traku) czy prac w parku związanych z architekturą ogrodową – altaną japońską, altaną grillową, mostkiem japońskim, bramą Torii. Ich gwara i podejście do pracy – zawsze mnie zachwycała. Nazywałem ich – „japońskimi góralami”. Niezwykłym kunsztem, precyzją i fachowością zaimponowali mi sztukatorzy: pan Arkadiusz Jurewicz, Gabriel Zawieja, Grzegorz Boczkowski, Krzysztof i Bogdan Czerniak, Romuald Górczewski, Paweł Mazur i Miłosz Ciesielski. Uwielbiali pracować w nocy i pamiętam ich pochylone postacie nad jakimś elementem sztukatorskim czy formą – matrycą, trzymających w dłoniach różnego rodzaju dłuta, packi, skalpele. To była bardzo trudna i wręcz syzyfowa praca.

Ważnymi osobami w okresie rewitalizacji pałacu i folwarku byli inspektorzy nadzoru – pani Elżbieta Prażanowska – Niebój – wszyscy jej się bali i mieli do niej niezwykły szacunek. Pani bardzo wyważona, spokojna i stanowcza, a dla mnie osobiście bardzo ciepła i wrażliwa kobieta, z którą można było porozmawiać na każdy temat. Ceniła prawdę i uczciwość – przyznawała się do swoich błędów – i zawsze stawała na wysokości zadania. Drugą osobą był pan Marek Sól – inspektor do spraw centralnego ogrzewania i spraw związanych z gospodarką wodno- kanalizacyjną – reasumując bardzo twórcza osoba, ale bardzo „dosadna i nieomylna” w przekazie swoich pomysłów czy rozwiązań. Jest jeszcze w tym dobrym śnie pan Paweł Matuszek – bardzo miły i uczynny kierownik budowy, który nadzorował większość prac budowlanych realizowanych przez  Waldka Kufita. Bardzą trudna rolę miała pani Krystyna Arcisz  – kierownik przygotowania produkcji (z ramienia firmy Kielart). Osobiście zawsze byłem pełen podziwu w podejściu do pracy pani Krystyny. Niezwykle spokojna, opanowana, zawsze przygotowana z płachtami pełnymi wykazów, tabelek, kalkulacji i możliwych rozwiązań. Oaza spokoju w tym kotle budowlanym.

Nie mogę też zapomnieć o panu Ryszardzie Czechowiczu – geodecie z Dobiegniewa- zrobił i znał całą inwentaryzację wszystkiego co jest w Mierzęcinie. Bardzo sumienną i dokładną osobą był pan Jan Czerwiński, brygadzista zespołu od spraw wodno-kanalizacyjnych. Nie mogę nie wspomnieć o panu Kazimierzu Płonce – który wykonał większość prac stolarskich i renowacyjnych – drzwi, ościeżnice, boazerie, schody, balustrady, poręcze itd. To dzięki niemu i jemu kunsztowi – oryginalne stare główne drzwi wejściowe do pałacu od strony frontu, które o mały włos byłyby zniszczone – wyglądają jak nowe. Pan Kazimierz zachował i naprawił nawet stary zamek i dorobił klucz – oddający „ducha czasu” tego obiektu. W salce historycznej powinny być jego rysunki, zrobione na „budowlanych” kartkach papieru ( ołówkiem), pokazujące jak sobie wyobrażał relief ozdobny na jednym z elementów stolarki.

Dzięki panu Grzegorzowi Gałajowi – wykonawcy większości prac związanych z prądem (nie mylić z góralską herbatą z „prądem”) , telekomunikacją, oświetleniem – doceniłem rolę „posiadania” elektryka w obiekcie i jego szybkich interwencji w przypadku awarii. Niejednokrotnie pan Grzegorz ratował mnie w trudnych sytuacjach. Pamiętam pierwszą „pałacową” wigilię w grudniu 2001 roku (dla wszystkich pracowników firmy Novol i innych zaproszonych na nią gości – około 250 osób), gdzie raptem dostałem informację, że w kuchni coś się stało. Wbiegłem do pałacowej kuchni i zobaczyłem zrozpaczoną minę jej szefa – Artura Dzierzbickiego (bardzo barwna postać, tytan pracy, pasjonat kulinarny), który oznajmił łamiącym się głosem, że nie może otworzyć drzwi od pieca konwekcyjnego, w którym podgrzewają się słynne pierogi z kapustą i grzybami (clou bardzo rozbudowanego menu wigilii firmowej) w ilości (bagatela!) około 1500 sztuk. Oprócz tych drzwi – awarii uległ też wyłącznik tego pieca – czyli cały czas pierogi się grzały (na szczęście w niskiej temperaturze). Głównego zasilania nie można było wyłączyć, bo cała kuchnia została by bez prądu. Sytuację uratowała interwencja pan Grzegorza, który w pocie czoła i z wielkim poświęceniem,  leżąc na podłodze (w białej koszuli i krawatem na szyi) gdzieś pod stołami najpierw odłączył jego zasilanie, a następnie odkręcił drzwi od tego pieca……a pierogi na tacach, w rękach obsługi kelnerskiej wylądowały na salach pałacowych. Wszyscy zebrani goście – podziwiali ich smak i prawdę mówiąc – do końca trwania wigilii nie pozostało po nich przysłowiowego „ani śladu”.

W tym dobrym śnie przypomina mi się też pan Władysław Kacperski, kierownik robót betonowych (osoba odpowiedzialna za stropy, których w zrujnowanym pałacu praktycznie nie było) i jego brygadzista pan Kazimierz Piechota. Ujęli mnie swoim „budowlanym” honorem i tym, że jeżeli ktoś popełnił błąd, to musiał się do tego przyznać i naprawić. Sytuacja była śmieszna. Wylanie stropów – ich tzw. poziom sprawdzał wspomniany już jeden z właścicieli obiektu, który cechuje się niespotykanymi zdolnościami technicznymi, a w oczach widział zawsze „trójwymiarowo”. Wchodząc na świeżo wylany strop (o ile pamiętam nad salą ogrodową) stwierdził od razu, że jest coś nie tak. Ja na wszelki wypadek miałem już przygotowany niwelator, ale jak się okazało – nie był on potrzebny. Pan prezes wziął pustą szklaną butelkę i położył ją w poprzek tak aby się „toczyła” po podłodze. Padł zakład, którego stawką był dobry markowy  koniak. Zaproponował go pan Władysław twierdząc, że butelka się nie potoczy ani nie „pokula” po podłodze. Było duże zdziwienie, jak powoli, ale wyraźnie widocznie butelka potoczyła się z jednej na drugą stronę – praktycznie przez cały strop – spadek świadczył , że świeżo wylany strop nie był poziomy. Jak się później okazało różnica była kilkucentymetrowa. Koniak oczywiście był, z wielkimi przeprosinami pana Władysława. Usterka została poprawiona (oj trwało to dobry tydzień), a pan Kazimierz Piechota, miał „kaca” budowlanego, że tak się stało. Pan Kazimierz był naprawdę dobrym fachowcem, o czym świadczy chociażby fakt, że później był wykonawcą praktycznie całego ogrodzenia ceglanego okalającego obiekt. Był to człowiek z poczuciem humoru, a jego powiedzenia czy narzekania, że „ pan Robert  puści go z torbami w tym Mierzęcinie” nieraz dało się usłyszeć. Było to tzw. „twórcze i przyjazne przekomarzanie” , bo pan Kazimierz (zawsze w charakterystycznej białej czapeczce na głowie i krótkich spodniach) miał świadomość i odpowiedzialność tego czego się podjął. Bardzo zbliżoną postacią w sensie „przyjaznego narzekania” był pan Andrzej Adamski – kierownik – brygadzista brukarzy czy kamieniarzy. To dzięki niemu wszystkie drogi, chodniki, parkingi, podjazdy, podwórza wykonane z kostki granitowej, bazaltowej czy też kamieni polnych wyglądają dziś tak solidnie. Jak mówił często mi Andrzej – „Robert – pamiętaj – w każdym kamieniu jest serce i każdy kamień ma swoje przeznaczenie”. Wyjątkowo pracowity i odpowiedzialny człowiek, doskonały nauczyciel i fachowiec.

Tak – odpowiedzialność buduje i uczy. Ileż się nauczyłem od o tych ludzi – nie dała mi tego wiedza zdobyta i wypracowana na uczelni, na której pracowałem przez kilka lat. Nie powiem – była ona w wielu sytuacjach niezwykle potrzebna i wskazana. Wtedy uczyliśmy się wszyscy razem – twórczej świadomości, pokory i wrażliwości na otaczającą nas rzeczywistość. Dziś, z perspektywy czasu patrzę z wielkim niepokojem na otaczające nas trendy prowadzące do swoistej barbaryzacji naszej przestrzeni, okaleczania natury, podstaw moralnych człowieka czy stępienia wrażliwości społecznej. Powiedzmy sobie szczerze – coraz bardziej ubogo intelektualnie szanujemy pojęcie demokracji , wolności słowa , wiedzy, doświadczenia, nauki, szacunku do drugiego człowieka. Jesteśmy za to bardzo szczodrzy w sianiu nienawiści, zazdrości i pretensji. Nie mamy odwagi przyznać się do naszych niegodziwości. Świadomie spłycamy pojęcie szeroko rozumianej wiary pod względem moralnym i duchowym, przeinaczamy fundamentalne prawdy i wartości, celem uzyskania …. nie wiem czego i nawet nie chcę o tym myśleć. Przywołuję w tym momencie myśli i słowa mądrych tego świata i życzę wszystkim ludziom, aby się głęboko zastanowili nad słowami Jana Pawła II – „Człowieka trzeba mierzyć miarą serca – sercem”…… Ile w dzisiejszym świecie zostało prawdy z tej sentencji, którą nie tylko należy mierzyć i oceniać w sferze szeroko pojętych relacji międzyludzkich, wiary jakiejkolwiek, ale też szacunku do otaczających nas dóbr natury, przyrody, naszego klimatu, który osiągnął stan krytyczny, ponieważ został  potwornie zdewastowany i bezmyślnie zniszczony, a proces ten trwa cały czasy. Proszę – obudźmy się. Jak byłoby dobrze na tej ziemi, która jeszcze „cały czas się kręci” gdyby te słowa  – zamieniły się w czyny – gdyby stały się prawdą. Ta prawda – dzisiaj – niestety występuje już chyba tylko w dobrym śnie, bo w rzeczywistości jest inaczej.

Na koniec, muszę koniecznie przywołać jeszcze jedną osobę – nie związaną może z procesem budowy, ale na pewno związaną z Mierzęcinem tego okresu. Było to ksiądz Henryk Wojnar – wspaniała postać, która wniosła bardzo dużo w jego nową historię. Nie będę mówił o jego działaniach czy czynach, bo wszyscy parafianie to pamiętają. Niezwykły człowiek, o niezwykłym spokoju, takcie, cierpliwości, skromności, wiedzy, a przy tym wszystkim wspaniały wizjoner i niespotykanie konsekwentny w tym co postanowił. Ujął mnie ( na pewno nie tylko mnie…) niezwykłymi, mądrymi kazaniami, ale przede wszystkim wrażliwością – na powiedzmy sobie szczerze – otaczającą nas biedę, ubóstwo i trudny los ludzi. Pożegnalną msze w kościele filialnym w Mierzęcinie, pamiętam do dziś. Mówił o biednym człowieku, który potrzebuje pomocy swojego bliźniego i żebyśmy zawsze o tym pamiętali. Swoją posługę określił ,że jest tylko jednym z żołnierzy, który wykonuje rozkaz (ksiądz Henryk Wojnar został wtedy powołany do innej parafii). W imieniu parafian, żegnała go moja żona Alicja – powiedziała, że jak się ma takich żołnierzy w szeregach jak ksiądz Henryk, to tworzy się armia, która pokona wszystko…. Wzruszeni byli wszyscy zgromadzeni w kościele, były łzy i łamiące się głosy  …..

Taki pamiętam Mierzęcin i z takim się rozstałem – jako jeden z członków zespołu, który był jedną z wysuniętych na przód ośmiu jednakowych figur na szachownicy jego rewitalizacji. Jako ten jeden z ośmiu „żołnierzy ” życzyłem swojemu następcy – aby pozostał on wielki. Były to prawdziwe i szczere życzenia – na pewno pamiętają je niektórzy do dziś.

Minęło już prawie 13 lat. – po odejściu byłem tam dwa razy. W czasie ostatniej wizyty (chyba sierpień 2017 roku ), w pewnym momencie pojawił mi się jak we mgle widok oczekujących piesków przy bramce portierni – „Miśka” i „Muchy.”

Nie było ich – no bo jak mogli być – są przecież w „pieskowym” niebie… w swoim dobrym śnie.

Krótki spacer po parku – dosłownie kilkunastominutowy. Do pałacu nie wchodziłem – szybko wyjechałem. Dlaczego? Za dużo wspomnień. Jest nadal piękny, ale inaczej – nie taki jaki pamiętam – ten, który pamiętam „…puszczam wolno… i powraca – jest tylko mój…”

…”

Wysłuchała i opracowała Marzanna Leszczyńska

  1. Ciąg dalszy wkrótce….

2,165 total views, 235 views today

CALL CENTER W GORZOWSKIM SZPITALU

CALL5

CALL CENTER  95 782 77 77

Call Center – szybka i sprawna rejestracja pacjentów

Średni czas oczekiwania na rozmowę z rejestratorką to zaledwie 43 sekundy! Po uruchomieniu (na początku września) usługi Call Center pacjenci Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie nie muszą już spędzać wielu godzin przy próbie dodzwonienia się do rejestracji. Call Center zmieniło sposób kontaktu pacjenta ze szpitalem. Jest nie tylko alternatywą dla tradycyjnej rejestracji, do poradni ale też sposobem na poprawę jakości świadczonych przez szpital usług w zakresie obsługi pacjentów.

– Przez dwa tygodnie przyglądaliśmy się jak działa ten nowy system i jak radzą sobie z nim nasze rejestratorki – mówi Jerzy Ostrouch, prezes Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp. – Teraz powiedzieliśmy sobie „sprawdzam” i zrobiliśmy analizę. Jesteśmy zadowoleni z jej wyników. Okazuje się bowiem, że na połączenie z rejestracją  nasi pacjenci czekali najdłużej niewiele ponad minutę. Najkrócej – tylko 20 sekund.

Pacjenci chwalą utworzenie call center.- Sprawdziłam, przekonałam się, że można szybko się dodzwonić – pisze na szpitalnym fanpage`u pani Halina, a Joanna dodaje, że w call center spotkała się z bardzo miłą i profesjonalną obsługą.

Zmiana w jakości obsługi jest zauważalna choć w call center pracuje podobna liczba osób, jak przed uruchomieniem tej usługi.

– Nowy system obsługi jest zintegrowany z naszym systemem szpitalnym wykorzystywanym do prowadzenia dokumentacji medycznej pacjentów – mówi Barbara Kasperska, kierownik ds. funkcjonowania poradni, rejestracji i pracowni szpitalnych w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wlkp. – Dzięki temu rozwiązaniu każda osoba dzwoniąca na numer rejestracji do poradni (jeśli tylko mamy w naszej bazie jej numer telefonu) jest wstępnie zidentyfikowana. Nie musimy już pytać o wiele danych, potwierdzamy tylko czy rozmawiamy z osobą, której dane pojawiły się na ekranie monitora rejestratorki. To znacznie skróciło czas potrzebny na ustalenie potrzeb pacjenta,

Rozmowa z konsultantem w call center to nie jedyna droga do ustalenia, zmiany lub rezygnacji z terminu. W dalszym ciągu można tez rejestrować się poprzez stronę internetową szpitala i platformę eRejestracja, a także drogą mailową wysyłając swoją prośbę na adres rejestracja@szpital.gorzow.pl .

Informuje Agnieszka Wiśniewska  rzecznik prasowy szpitala

18 total views, 1 views today

ŁÓDZKI TEATR LOGOS UCZCIŁ 700 LECIE DANTEGO ALIGHIERI

PAR5PAR6

Spektaklem Paradiso/Raj wg Boskiej Komedii Dantego Alighieri, teatr Logos przy kościele rektoralnym Środowisk Twórczych pw. NPNMP w Łodzi uczcił  700 lecie urodzin poety i proroka nadziei. Spektakl wystawiany był późnymi wieczorami od 14 do 18 września w świątyni, której proboszczem jest ks. Waldemar Sondka, twórca amatorskiego teatru, w którym występują profesjonalni artyści.

Reżyserem i choreografem przedstawienia jest Ewa Wycichowska, znana tancerka, choreograf i profesor sztuk muzycznych.

Multimedialny projekt wprowadził widzów w niebiański świat, wykorzystując elementy opery, słowa, współczesnego tańca, technologii filmowej i kosmosu.

Każdy aktor w tym spektaklu był indywidualnym narratorem, a w niektórych momentach wszyscy się jednoczyli okazując przerażenie, obawy, wzloty i upadki czy przedwczesne zadowolenie, aby na zakończenie zamanifestować śpiewem radosne Alleluja. Do twórczych przeżyć artyści włączali widzów, a na zakończenie zaangażowali do wspólnego radowania się poprzez taniec.

Boska Komedia uważana jest za dzieło literatury światowej, w spektaklu Paradiso, znany aktor Marek Kasprzyk w roli Dantego  przeprowadza widza przez dziewięć obrazów Nieba, umożliwiając duchowe doznania i umożliwia głębokie refleksje, poprzez nadzieję szybkiego osiągania Raju a następnie spadając z wyżyn. Spektakl niosący niebiańską nadzieję ubogacony jest filmowym obrazem, który zmienia się stosownie do wypowiadanych treści.

– Od Inferno, przez Purgatorium do Paradiso, w siedemsetną rocznicę powstania Boskiej Komedii Teatr Logos buduje wspólnotę niepokoju, ale nie lęku, odnajdując nadzieję tam, gdzie inni ją porzucili – napisane jest m.in. w folderze Paradiso.

Realizatorzy spektaklu trzeciej części dzieła wielkiego Florentczyka idą za wizją Dantego, ale w Paradiso posuwają się o krok dalej malując logosowy Raj barwami pełnymi dystansującej ironii – tłumaczą w opisie folderu.

Premiera Paradioso odbywała się przez kilka dni, spektakle rozpoczynały się na kościelnym  dziedzińcu, który architektonicznie przygotował Wojciech Wycichowski.

Spektakl powtarzany będzie ponownie w listopadzie.

Dante Alighieri – włoski poeta, filozof i polityk. Najwybitniejszym jego dziełem jest poemat Boska komedia, uważany za arcydzieło literatury światowej. Urodził się we Florencji w 1265 r. Zmarł 14 września 1321 w Ravennie we Włoszech.

23 total views, 3 views today

ZIEMIA LUBUSKA. LUBNIEWICE

LUB77LUB33UB22LUBO

Kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem, celem zwiedzania zamku w Lubniewicach stanęliśmy przed żelazną bramą wiodącą na dziedziniec. Szybko się zorientowałam, że brama jest zamknięta drutem, zdjęłam sztywną pętlę i bez problemu znaleźliśmy się na schodach zamczyska.

Ukojenie dziką przyrodą okalającą budowlę szybko minęło, ustępując  miejsca przerażeniu. Widok czarnego wielkiego owczarka niemieckiego nie na żarty przestraszył. Zstępowaliśmy ze schodów prawie nieruchomo, gdy nagle głos zza pleców wyrwał nas z letargu.

– Jak się tu dostaliście, którędy weszliście?

– A którędy się wchodzi?  – Bramą!

– Przecież była zamknięta!

– Otworzyłam i weszliśmy!

– Nie wolno tu wchodzić, trzeba stać przed bramą, proszę wyjść. Jeszcze nie ma dwunastej!

– Ok.

Mimo takiego przywitania byliśmy szczęśliwi, że nie pogryzł nas pies. Jak się później okazało, pies – to tylko piesek, ma dopiero osiem miesięcy. Przyznaję, jest piękny, rasowy z błyszczącą, zadbaną sierścią. Naprawdę uroczy, nie miał zamiaru nas gryźć, prawie się uśmiechał,  z oczu mu dobrze patrzyło.

W każdym razie po godz. 12, Pan, który miał oprowadzać grupę okazał się miły, rozmowny, kompetentny, bo od kilkudziesięciu lat tu pracuje i wielu właścicieli tego obiektu poznał. Opowiadając historię zamku skupił się przede wszystkim na jego polskich właścicielach. Czasy, kiedy zamek był własnością niemieckiego rodu von Waldow, pozostawił do omówienia pani Marcie Rusakiewicz – kierowniczce lubniewickiej biblioteki, która w tym miejscu zakończyła spacer historyczny z turystami.

Nie będę powtarzać opowiadań, warto się tam wybrać i posłuchać przewodników, którzy pokażą obiekt, wskażą oryginalne przedmioty i te które obecny właściciel tu zgromadził.

Oprowadzający nas po obiekcie Edward Kołowrocki, powiedział, że historią interesował się od najmłodszych lat a w tym zamku zna każdy kąt bo od kilkudziesięciu lat tu pracuje. Obecnie pełni różne funkcje m.in. ochroniarza, przewodnika czy kierowcy. Jeżeli wyjeżdża w inne rejony zawsze zwiedza trzy obiekty, które według niego są najbogatszym źródłem historii a są to kościoły, zamki lub pałace i cmentarze.

Zamek Książąt Lubomirskich to prywatny obiekt, czasowo udostępniony dla zwiedzających. Był on siedzibą rodu von Waldow i Reitzenstein.

Od 2013 roku właścicielem kompleksu jest Jan Lubomirski-Lanckoroński, prezes Fundacji Książąt Lubomirskich oraz inwestor w branży nieruchomości.

 

45 total views, 1 views today

TRWA XXVII PLENER MALARSKI W DĘBNIE

PLE5Debno

Do 11 września w Dębnie w woj. zachodniopomorskim potrwa plener malarski, który rozpoczął się 28 sierpnia w miejscowym ośrodku kultury. W twórczym spotkaniu udział biorą artyści z  wielu miast Polski. Od początku komisarzem pleneru jest gorzowska artystka Anna Szymanek, która organizowała wieloletnie plenery m.in w Barlinku, Pyzdrach, Celinach.

Anna Szymanek przygotowała plener w Dębnie już po raz 27. Ponieważ artystka jest  niedowidząca twierdzi, że ma godnego następcę. Plastyczka zdradziła, że jest to Michał Cholewiński z Dębnowskiego Ośrodka Kultury, który obiecał, że przyjmie tę funkcję podczas trzydziestego pleneru.

Powstałe dzieła zostaną w trwałej kolekcji Dębnowskiego Ośrodka Kultury, który jest organizatorem tego wydarzenia. Wystawa poplenerowa zaplanowana jest na 9 września.

Najmłodszą uczestniczką pleneru jest Natalia Brzezińska z Polkowic, absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, z wyróżnieniem obroniła pracę magisterską pt. „Fala sejsmiczna” stanowiąca efekt analiz zjawiska trzęsienia ziemi i sejsmogramów. Łukasz Korczyński z Głogowa jest absolwentem Architektury i Urbanistyki Politechniki Wrocławskiej, obronił pracę dyplomową z Malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. W plenerze uczestniczy po raz kolejny, twierdzi, że w tym małym mieście położonym nad jeziorem dostrzega specyficzny pełen energii klimat, sprzyjający twórczości.

Anna Cichocka jest absolwentką  Politechniki Warszawskiej i członkiem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików. W swojej pracy inspiruje się przyrodą także miejscem czy rozmowami. Uważa, że plener jest czasem darowanym na tę właśnie pracę. – Zostawiamy  codzienność i możemy spokojnie skupić się na swoich wyobrażeniach. Ja mam swój tok myślenia i poczucie chwili, które doświadczam na takich spotkaniach i z tego buduję swój obraz – mówi Anna Cichocka.

Beata Topolińska z Warszawy, na plenerze w Dębnie jest po raz piąty. Ukończyła PLSP w Jarosławiu i UKSW w Warszawie, wydział historii sztuki. – Plenery to przede wszystkim spotkania z ludźmi, dzięki nim pojawia się świeżość, nigdy nie wiem co namaluję  a czasem sama siebie zaskakuję – wyznaje twórczyni.

Pesymistycznie wypowiedział się Janusz Debis – profesor nadzwyczajny Wydziału Architektury Politechniki Białostockiej, nauczyciel akademicki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.  – Uważam, że plenery chyba się powoli kończą i to pod każdym względem. Na pewno ten negatywny wpływ  ma sytuacja pandemiczna – podkreślił artysta.

Roma Pilitsidis z Głogowa bardzo miło wspomina wieloletnią współpracę z Anną Szymanek.  W tym roku przyjechała na plener z mężem także malarzem. – Plener, który obecnie się odbywa jest chyba wieńczącym  współpracę. Zobaczymy co będzie dalej – zastanawiała się malarka.

Roma i  Telemach Pilitsidis są małżeństwem od 40 lat, studia ukończyli w Zielonej Górze – Roma, w Krakowie – Telemach. Poznali się na plenerze malarskim w Szklarskiej Porębie. Twierdzą, że malując w jednej pracowni  nie konkurują ze sobą, każde z nich uprawia inny rodzaj malarstwa. Roma maluje abstrakcję a Telemach bardziej realistycznie. – Hasłem mojego malarstwa jest harmonia, proporcja, równowaga,  to są założenia dotyczące życia i malarstwa. Nasza współpraca polega na rozmowie, mamy dużo wspólnych tematów nigdy się nie nudzimy – mówi Roma.

– Ja robię swoje a żona swoje. My się wspomagamy. Gdy żona zauważy coś nie tak w kolorze, wtedy ja się zastanawiam co trzeba zmienić. Pracujemy najczęściej w ciszy, czasem słuchamy muzyki, malarstwo z muzyką mają wiele wspólnego, nawet słownictwo np. tonacja czy kompozycja. Żona – to młodzieżówka więc zna zespoły młodzieżowe, ja wolę muzykę poważną. Oboje uważamy, że można słuchać każdej muzyki jeżeli jest dobra – powiedział malarz.

Telemach Pilitsidis urodził się w Grecji, studiował w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tworzy obrazy olejne, rysunki, grafiki, pisze poezje. Pracuje również jako wykładowca malarstwa i rysunku w szkołach plastycznych.

Juliusz Marweg z Piotrkowa Trybunalskiego – mówi, że bardzo lubi oderwać się od rzeczywistości i przyjechać na plener. – Mam zwyczaj rozpoczynać pracę o 6 rano. O 12 wracam z pracowni. – Maluję też w soboty i niedziele – ku chwale Bożej – zaznaczył twórca. Nie maluję tylko wtedy gdy jestem chory ale wtedy to jest tragedia. Moje prace nie są łatwe do określenia jest w nich surrealizm a też trochę chorej wyobraźni – dodał ze śmiechem, przypominając, że on nigdy nie nadaje tytułów swoim obrazom. Uważa, że każdy odbiorca sam sobie tytuł znajdzie. Juliusz Marweg  studia odbył w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi.

Bogumiła Twardowska – Rogacewicz – absolwentka wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych z Jeleniej Góry, twierdzi, że do pracy potrzebuje alienacji. – Zawsze się gdzieś chowam, próbowałam kiedyś wielkiej przestrzeni z kilkoma osobami, jednak to nie dla mnie – stwierdziła malarka, twierdząc, że bywają dni, że można zrezygnować z przymusu czy obowiązku pracy ale dyscyplinę trzeba mieć. – Plenery to dla mnie odskocznia od domowych prac.

Bogumiła Twardowska – Rogacewicz ma artystyczną rodzinę, mąż jest aktorem a syn ukończył Akademię Muzyczną. – Malarka, to pewna specyfika, my kobiety myślimy, że wszystko ogarniemy bo umiemy kilka prac wykonywać jednocześnie, po latach się okazuje, że siedem rzeczy naraz nie jest łatwe do wykonania – wyznała artystka, przyznając, że też tak robi ale pracuje nad tym żeby tego nie robić. – Skupić się na jednej rzeczy nie potrafię, muszę chociaż trzy robić naraz. Bogumiła pracuje też prowadząc pracownię malarstwa dla dorosłych. Zajmuje się również scenografią i projektowaniem.

Jan Żyrek pochodzi z Istebnej a mieszka w Koniakowie. Należy do Związku Polskich  Artystów Plastyków. Naukę pobierał u  Stanisława Mazusia. Zajmuje się także rzeźbą i stolarką. W Dębnie zainspirował się architekturą, w tym roku zaplanował namalować dębnowską bibliotekę. Prace artysty znajdują się w muzeach ale głównie w prywatnych kolekcjach w kraju i za granicą. – Do pracy potrzebuje wiele szumu, może być to muzyka nie ważne  jaka byle było głośno – powiedział Jan Żyrek. Do tej pory namalował około 3 i pół tysiąca obrazów. Rzeźbi w drewnie jedną pracę wykonał w kamieniu.

Ałła Trofimenkova Herrmann z Łagowa – maluje i organizuje plenery malarskie, najbliższy odbędzie się w październiku, na który zjadą polscy akwareliści. Ałła najchętniej maluje w swoim ogrodzie, lubi obserwować ludzi, słuchać ich opowieści. Chętnie tworzy gdy wokół niej się wiele dzieje. – Ludzie opowiadają swoje historie i to wszystko dodaje uroku i działa twórczo. Lubię gdy śpiewają ptaki ale także nie przeszkadzają mi jeżdżące samochody. Ałła maluje od dziesięciu lat i cały czas się uczy. Ałła jest Rosjanką urodziła się i wychowała w niewielkiej osadzie koło Pskowa. Do liceum plastycznego uczęszczała w Leningradzie, obecnym Petersburgu. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych we Lwowie.

 Julika Matuszak – jest absolwentką  Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Dyplom uzyskała na wydziale Architektury Wnętrz i Wzornictwa Przemysłowego. Pochodzi ze Szczecinka obecnie mieszka w  Gorzowie Wielkopolskim.

Włodzimierz Browiński – urodził się w  Dębnie. Ukończył studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze na wydziale Wychowania Plastycznego. Maluje pejzaże i martwą naturę w technice olejnej i pastelowej.  Jego obrazy można zobaczyć w zbiorach Biblioteki Publicznej w Dębnie oraz Dębnowskiego Ośrodka Kultury, w którym pracuje od kilkunastu lat.

Komisarz pleneru – Anna Szymanek jest artystą malarzem, ceramikiem, uprawiała także rysunek i grafikę użytkową. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków, laureatką Motyla – Nagrody Kulturalnej Prezydenta Miasta Gorzowa Wielkopolskiego. W 2017 roku została uhonorowana srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Jest  inicjatorką Galerii Pod Pocztową Trąbką w Gorzowie Wielkopolskim.

 

148 total views, 1 views today

TEATR IMPRO – DZIECIOM

IMPROIMPR

Byłam na bajce z milusińskimi w teatrze IMPRO w Janowie koło Rewala. Ale to bajka nie tylko dla dzieci bo towarzyszący dzieciom rodzice bawili się równie dobrze. Trzeba pochwalić, jest za co. Sztuka „ o Chomiczkach, którym zagrażał potwór Toitojus ” jest zabawna, mądra, pouczająca, modna, wychowawcza i kreatywna. Dzieci angażowały się ruchowo bo zapraszane były do takiej aktywności i miały okazję robić to na scenie razem z aktorami. Dzieci nadawały kształt tej bajce, poprzez swoje odpowiedzi, o które były proszone. Trzeba przyznać, że maluchy są kreatywne i mają sporą wiedzę np. o segregacji śmieci…Bajka uwrażliwiła na zaśmiecanie ziemi, „przepytała” z wiedzy, przypomniała jak się mają zachowywać. A już zupełnym zaskoczeniem był występ psa, żywego bardzo ułożonego, który nadał oryginalności przedstawieniu. Sztuka na czasie bo ludzie dzisiaj posiadają zwierzęta w domu dla   dzieci zwłaszcza. Kiedyś zwierzęta pokazywało się w tresurze tak cyrkowo, tutaj humanitarnie.

Od aktorów biło serdecznością do dzieci, które przybyły oglądać bajkę, pewnie dlatego były bardzo  aktywne i chętnie się rwały do wszystkiego. Tak, była to sztuka dla dzieci taka aby się dobrze czuły, występowały w niej, aby popłynęła nauka i wychowanie aby wyszły z niej lepsze i mądrzejsze.

Ale czy to był teatr tylko dla dzieci? Dorośli od razu wyłapywali aluzje w dialogach i wybuchali śmiechem. A aluzje były i polityczne i erotyczne i…. epidemiologiczne. Ale tak zagrane, że dzieci się niczego nie domyślały. I o to chodzi aby pójść z dzieckiem do teatru i się nie nudzić ale na równi korzystać, nie wstydzić się, że pada niecenzuralne słowo albo dzieją się sceny, których dzieci nie powinny oglądać.

Jest to teatr improwizacji a więc każda sztuka jest inna, bo widzowie nadają jej kształt. I widać było, że sami aktorzy mają niezłą zabawę. Bo  artyści stojący z boku ( a ich już rozpoznajemy, bo jesteśmy tu nie pierwszy raz) żywo reagowali na to co działo się na scenie.

Gratulacje! Jesteśmy pod wrażeniem, bo milusińscy w domu jeszcze długo nucili piosenkę o Toitojusie i zadawali pytania typu: „Ale jak to potwora można pokonać przepychem do toalet?”…

Marzanna Leszczyńska

76 total views, 1 views today