XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL „MUZYKA W KATEDRZE” W KOŁOBRZEGU

Już po raz 17. w kołobrzeskiej bazylice konkatedralnej pw. Wniebowzięcia NMP odbywa się Międzynarodowy Festiwal pod nazwą „Muzyka w katedrze”. Niecodzienny koncert z wizualizacją pod hasłem: „Jazz spotyka klasykę” zagrali 20 lipca organista Marek Smoczyński i trębacz Maciej Fortuna. Festiwal pod patronatem ordynariusza diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej bp. Edwarda Dajczaka, posła Marka Hoka i prezydenta miasta Janusza Gromka, rozpoczął się 6 lipca i potrwa do 24 sierpnia.
„Kompozycje Fortuny, bazują w znacznej mierze, na motywach późnośredniowiecznej liturgicznej muzyki organowej. Przestrzenność muzyki pozwala na prowadzenie rozbudowanych improwizacji partii trąbki, na tle repetytywnej faktury organowej. Na program koncertu składa się kilkanaście utworów, których tytułami są kolejne cyfry rzymskie, zamiast słów mogących sugerować treść” – napisano w folderze zapowiadającym katedralne koncerty.
Violetta Kowalska z Regionalnego Centrum Kultury im. Zb. Herberta w Kołobrzegu powiedziała w rozmowie z KAI, że koncert w katedrze w tym roku jest nietypowy – jazz inspirowany głównie muzyką sakralną.
Pierwszy utwór artyści wykonali w oparciu o najstarszą pieśń kościelną „Bogurodzicę”, dodatkową atrakcją dla słuchaczy była wizualizacja, która współgrała z wykonywaniem kompozycji. Melomani mogli z bliska obejrzeć piszczałkowe organy, grającego trębacza a oprócz tego wizerunki Matki Bożej i kościelnych symboli, czy poruszających się w rytm muzyki kolorowych brył geometrycznych, nie zabrakło także toni morskiej i ulewnego deszczu.

Więcej na https://ekai.pl/kolobrzeg-xvii-miedzynarodowy-festiwal-muzyka-w-katedrze/

3 total views, 3 views today

PIKNIKI CHOPINOWSKIE W FILHARMONII GORZOWSKIEJ

Relacja Ewy Rutkowskiej

Filharmonia Gorzowska, Plac Sztuk, 16 lipca 2017

Sceneria wokół jak z bajki, zielono, pachnie skoszoną trawą i polnym kwieciem. Budynek Filharmonii Gorzowskiej posadowiony jest nieco w dole, a wokół łagodne wzniesienia, na których rosną piękne drzewa. Taka romantyczna niecka, bez mała w środku miasta. W ciepłą lipcową niedzielę, jedna z górek została zawłaszczona przez ludzi w niezobowiązujących strojach. Filharmonia zaprosiła nas na pierwszy z cyklu koncertów plenerowych odbywających się pod hasłem „Pikniki Chopinowskie”. W każdą niedzielę od godz. 16 do 18 (do 27 sierpnia br.) odbywać się będą tutaj takie koncerty.

Oprócz muzyki, organizator zaoferował leżaki i koce, także krzesła, a kawiarnia wszelakie napoje i słodycze. Można było więc się wylegiwać, co nie jest takie zwyczajne podczas jakiegokolwiek koncertu. Ale można było też się zadumać, zrelaksować, a nawet odpłynąć, gapiąc się na płynące obłoki…. Obok dzieci biegały za piłką, gdzieś szczekał pies, a w trawie cykały świerszcze. Ale przede wszystkim muzyka.
W pierwszej części Chopin, nasz najwybitniejszy polski kompozytor (1810-1849). I pianista szczególny. Tak został zaanonsowany przez Mariusza Wróbla – dyrektora filharmonii, Jakub Tuszyński – obecnie student na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz w Schola Cantorum w Paryżu. Laureat wielu zagranicznych i krajowych konkursów pianistycznych, m.in. w 2006 roku drugiego miejsca w Gorzowskim Konkursie Bachowskim. Z wielkim uczuciem, oddał klimat tej romantycznej i wielkiej muzyki, grając kilka wspaniałych utworów Chopina (m.in. Nokturn c-mol op. Posth., Preludium Des-dur. op. 28 nr 15, Mazurki op. 24 ). Druga część, to fortepianowe miniatury „Obrazki z wystawy” Modesta Musorgskiego (1839-1881). Muzyka inspirowana obrazami przyjaciela kompozytora, Wiktora Hartmanna, rosyjskiego malarza i architekta.
Taki piknik, to leniwie uciekające godziny i pięknie spędzony czas…

Ewa Rutkowska

13 total views, 2 views today

ZESPÓŁ BAJM DLA GORZOWSKIEJ KATEDRY

Relacja Ewy Rutkowskiej

Koncert drugi „Razem dla Katedry”
Gorzów Wlkp. Amfiteatr, 15 lipca 2017

Jest to pierwszy odwołany koncert, który miał się odbyć w tegorocznych Dniach Gorzowa. Była sobota 1 lipca. Zespół „Bajm” był już w hotelu w naszym mieście, gdy doszła do nich wiadomość o tragedii, która dotknęła Katedrę. Wtedy też postanowili, że przyjadą ponownie i zagrają na rzecz ratowania naszego bezcennego zabytku.
Tak jak w dniu poprzednim, przed tym koncertem także odbyła się uroczystość wręczenia nagród. Prezydent Miasta wręczył je wszystkim uczestniczącym w „Projekcie 760”, zrealizowanym na 760-lecie naszego miasta, czyli najmłodszym piosenkarzom, którzy pisali i nagrywali piosenki dla miasta i ich nauczycielom.
Udział wzięło kilkanaście szkół: nr 20,13,15, 17,10, 5, 16, 11, 1 i Zespół Kształcenia Specjalnego. W wyniku tego projektu powstała płyta „Wszystko o Gorzowie”, którą wyprodukowali Magda, Wojtek i Maurycy.

Zespół „Bajm” istnieje od 1978 roku. Grali wtedy muzykę akustyczną w nurcie piosenki turystyczno-harcerskiej. Stopniowo to się zmieniało. Od 1979 roku zaczęli grać muzykę pop-rockową, stając się ważną grupą w historii polskiej sceny muzycznej. Teksty do wszystkich piosenek tworzyła Beata Kozidrak. Jest ona także kompozytorką. W pierwszym 35-leciu zespół wydał 10 studyjnych albumów i wylansował kilkadziesiąt przebojów.
W przypadku zespołu „Bajm”, tak jak (u Maryli Rodowicz) wszystko zaczęło się od Opola. Tam zespół narodził się jakby na nowo i zaczął istnieć w świadomości odbiorców. Zespół stawał się coraz bardziej znany i popularny.
W trakcie gorzowskiego koncertu Beata często nawiązywała do Katedry i tego, co się stało. Mówiła m.in, że jest bardzo wrażliwą artystką, która bardzo przeżywa wszystko i że chciałaby, aby ją ponownie zaprosić, bo chciałaby zwiedzić naszą Katedrę.
Koncert Beaty Kozidrak i zespołu „Bajm”, to na pewno drugi niepowtarzalny Show. Beata w krótkiej czarnej, obcisłej sukience, z błyszczącym łańcuszkiem na szyi zakończonym dużym krzyżem na piersiach. No i buty na wysokich obcasach…
I znów cały amfiteatr tańczył i śpiewał, krzycząc bez przerwy „Beata, Beata”. A Beata z towarzyszeniem sześcioosobowego zespołu i chórku trzech dziewczyn Katarzyny, Ilonki i Diany, tańczyła i śpiewała; „Nie chcę jak mama”, Jestem sterem”, „Wola istnienia”, „Siedzę i siedzę…”, „Zanurzę się w niebieskiej wodzie”, „Kocham cię” czy „Nie odnajdzie nas ta sama chwila”. I bardzo wiele innych. A na koniec, oczywisty bis i piosenka ze słowami: „Cały dzień, cała noc”. I kwiaty od Prezydenta.
Obydwa koncerty to duże przeżycie. Nie często można na żywo oglądać gwiazdy. Jeśli o mnie chodzi, to koncert Maryli Rodowicz miał jakby inną klasę. Choć obydwa były z wysokiej półki i bardzo energetyczne. Dla każdego coś… innego.

Ewa Rutkowska

13 total views, 2 views today

JACEK KAWALEC NA GORZOWSKIEJ SCENIE LETNIEJ

Relacja Marzanny Leszczyńskiej

Jacka Kawalca znałam tylko z „Randki w ciemno”. Wiedziałam, że jest aktorem, ale nie umiem wymienić filmu, w którym występował. Niedzielny recital tego artysty na Scenie Letniej Teatru im. J. Osterwy w Gorzowie Wlkp. nie był stricte czystym recitalem, aktor bowiem nie tylko śpiewał. Ponieważ na końcu występu artysta wyciągnął swój telefon, sfotografował się na tle publiczności i wyraźnie domagał się recenzji swojego występu więc spełniam jego prośbę.
Joe Coocker, Ray Charles, Led Zeppelin, Sting, Grzegorz Ciechowski, Grzegorz Markowski, Mr Zoob, Louis Armstrong. Repertuar trudny, artyści do naśladowania wysokiej próby, a aktor poradził sobie znakomicie. Odnoszę wrażenie, że do piosenek Stinga aktor ma szczególne predyspozycje, brzmi niemal jak oryginał. Wydawać się może, że aktor ma aparycję komediową, jest bardzo energiczny i wiecznie się „wygłupia” a tymczasem zaskoczył piosenkami lirycznymi. Gdy śpiewał ” Białą Flagę” Grzegorza  Ciechowskiego po raz pierwszy zdałam sobie sprawę jak trudny to utwór.
Kawalcowi wdzięcznie przygrywała śliczna pianistka, nauczycielka emisji głosu w szkole aktorskiej. Gdy razem zaśpiewali – aplauz publiczności był bardzo duży. „Perfekcyjny gitarzysta” intrygował swoim stoickim spokojem. Całe trio tworzyło harmonijną, uzupełniającą się całość zespołu.
Pieprzykiem okazały się wierszyki, którymi artysta przeplatał swój recital. Frywolne wierszyki recytowane przez aktora, w których dał popis swoich aktorskich możliwości rozbawiły mnie i rozbroiły. Zabawa słowem o różnicy w rozbieraniu kobiety dawniej i dziś, oraz o zawartości kobiecej torebki, gdy wyciąga się z niej telefon komórkowy to majstersztyk recytatorski i poetycki.
Aktor obiecał spotkanie z gorzowską publicznością z repertuarem tylko Joe Coockera. Trzymam za słowo.
Marzanna Leszczyńska

21 total views, 2 views today

KONCERTY RAZEM DLA KATEDRY GORZOWSKIEJ

Relacja Ewy Rutkowskiej

Koncerty „Razem dla Katedry”

Gorzów Wlkp. Amfiteatr, 14 i 15 lipca 2017

Te dwa koncerty zaplanowano w dniach obchodów Dni Gorzowa. Maryla Rodowicz miała wystąpić w niedzielę 2 lipca, a Beata Kozidrak dzień wcześniej, 1 lipca br.
Wszystko jednak „runęło”, gdy zdarzyła się ta ogromna tragedia.
O godzinie 18,28 zauważono dym unoszący się nad wieżą naszej pięknej i dostojnej Katedry. Dym wydobywał się na wysokości zegara, potem jednak rozprzestrzenił się na wyższe partie wieży. Miejscowa Straż Pożarna szybko stanęła do pracy, ale wielką przeszkodą była niewiadoma, gdzie jest zarzewie i wysokość wieży. Z pomocą pospieszyły zastępy z wielu okolicznych miast: Strzelec Kraj. Kostrzyna n/Odrą, Świebodzina, Sulęcina, a także z miast nieco odleglejszych; z Zielonej Góry, Polic i Poznania.
Do tych zastępów dołączyły ekipy z OSP w Kłodawie. Deszcznie. Trzemesznie, Dobiegniewie, Lubiszynie, Mościcach, Bronowicach, Witnicy, Różankach, Lubniewicach, Lipkach Wielkich, Starym Kurowie, Janczewie, Santocku, Lubnie, Bogdańcu i Pławnie. Pomagały też osoby cywilne, np. w przygotowywaniu posiłków dla strażaków (m.in. z MCK i OSiR-u).
Teraz wsparcie przychodzi od parafii z różnych części kraju, a nawet z zagranicy, m.in. z Frankfurtu.
Pożar gasiło ponad 300 osób. Akcja trwała do rana dnia następnego. Tak więc o koncertach wtedy nie było mowy, zostały odwołane. Ale Artyści solidaryzując się z miastem, zadeklarowali przyjazd z koncertami nieco później i to nieodpłatnie (tak wyczytałam na stronie Urzędu Miasta Gorzowa, są to słowa Prezydenta). Pierwszy z zaplanowanych koncertów odbył się w amfiteatrze 14 lipca i był to Show Maryli Rodowicz z zespołem. Wcześniej jednak, Prezydent Miasta wręczył zasłużonym w gaszeniu pożaru strażakom imienne podziękowania. W tym koncercie uczestniczyli przedstawiciele wojewody lubuskiego, sejmiku samorządowego, diecezji zielongórsko-gorzowskiej, proboszcz katedry, przedstawiciele straży pożarnej i radni. No i oczywiście gorzowska publiczność. Kwota ze sprzedaży biletów na obydwie imprezy zostanie w całości przekazana na odremontowanie katedry. Do zebranej kwoty z biletów, dołączyli także dość liczni sponsorzy.
Przyznam się, że miałam nadzieję na wypełniony amfiteatr po brzegi. A tak nie było. Ja bardzo chciałam mieć swój udział w tej akcji. Kupiłam trzy cegiełki, w tym jedną moja siostrzenica z Francji.
Po części oficjalnej, którą prowadzili; Sylwia Beech i Daniel Zieliński, na scenę wkroczyła Maryla Rodowicz z zespołem. Ta ikona naszej polskiej piosenki, zaraz na wejściu wzbudziła ogromny entuzjazm. W swoim dorobku posiada ponad 2000 piosenek, wydała ponad 20 polskich płyt. Poza tym jedną angielską, czeską, niemiecką i rosyjską. Na jej temat powstały książki.
Maryla znana jest nie tylko w kraju, ale i za granicą. Jej hity (bo ona ma chyba same hity!) śpiewają nie tylko jej rówieśnicy, ale ich dzieci i wnukowie.
A wszystko zaczęło się w 1989 roku od nagrody w Opolu. Zaśpiewała wtedy „Mówiły mu” i jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, narodziła się prawie od razu gwiazda. Ale, aby błyszczeć na firmamencie, to trzeba ciężko pracować i mieć charyzmę. Maryla to także perfekcjonistka (uwielbiam to). Punktualna, pracowita i wymagająca nie tylko od siebie, ale także od współpracowników. Jak mówi: „Muzyka to całe jej życie”. Wykonuje głównie muzykę pop, ale także pop-rock i folk-rock. Jest też aktorką.
W gorzowskim amfiteatrze artystka rozgrzała publiczność chyba do czerwoności. Można ją stawiać także za wzór, jak posługiwać się głosem i mikrofonem. Maryla, to także niekonwencjonalne stroje. Uważa ona, że artysta powinien przełamywać bariery i ona dlatego prowokuje – zachowaniem i strojem. A strój to jej maska, za którą jest bezpieczniej. W gorzowskim koncercie nie obyło się bez tiulowej „spódniczki- ogona”, był też piękny kolorowy wianek. Artystce, którą ja uważam za najwyższą półkę, towarzyszył chórek dwóch dziewczyn Anity i Natalii oraz pięcioosobowy zespół muzyczny.
Cały amfiteatr bawił się doskonale, tańczył i śpiewał chyba każdy. Został nawet „wylansowany” nasz rodzimy artysta Łukasz, który podobno zna wszystkie teksty Maryli. A my bawiliśmy się w rytm „Małgośki”, „Kolorowych jarmarków”, „Sing, Sing”, „Póki życie trwa”, „Mała nie szalej”, „Niech żyje bal”, „To ja, to ja”, i wiele innych znanych prawie wszystkim hitów. Były też dwie piosenki z powstającej nowej płyty. Na koniec z rąk Prezydenta miasta otrzymała piękny bukiet kwiatów i zaśpiewała na bis m.in. „Przez te oczy zielone”. Niby zgrzyt, ale tej klasy artystka może sobie na to pozwolić. Na pewno „dali czadu”.
A ja zawsze mam mieszane uczucia, czy musi być tak głośno. Ale to już było….
Ewa Rutkowska

14 total views, 1 views today

SUP RACE PO RAZ PIERWSZY W KOŁOBRZEGU

Paul1Magda1Deskarze12

Fot.1 Paul, Maja, Magda

Fot. 2 od lewej: Karolina, Magda, Olivia i Marcin Koc

Fot. 3 Od lewej:  Adam Michalski, Przemek Korbanek, Marek Rowiński

Sup Race Klas Masters i Amatorów odbył się 15 lipca 2017 r. w Kołobrzegu na Wyspie Solnej. Kilkunastu zawodników i zawodniczek na Parsęcie przy Bulwarze Marynarzy Okrętów Pogranicza ścigało się na deskach. Wręczenie nagród i wieczorne party  odbyło się na  Marinie Solnej. Atrakcją spotkania był udział  w zawodach Paula Lenfanta –mistrza Polski oraz trzech pasjonatów, którzy 13 lipca tego roku przelecieli  na deskach Bałtyk, docierając do Szwecji.

Organizatorem imprezy była Szkoła Żeglarska mksailing.pl. , której właścicielem jest żeglarz Marcin Koc. W rozmowie z milpress Marcin Koc powiedział, że od niedawna wraz z rodziną jest mieszkańcem Kołobrzegu.

Wśród wielu sponsorów przedsięwzięcia znalazł się developer  Burco, zajmujący się budową  apartamentów w pasie nadmorskim.

W klasie amatorów I miejsce wśród pań zajęła Olivia Kasaty, II miejsce Magda Milewska, III miejsce Karolina Rypina.

 W klasie mastersów pierwszy był  Paul Lenfant, mistrz Polski Sup, drugi był Jakub Sitkowski, trzeci Alek Kokoszka.

Paul Lenfant  – opowiedział w rozmowie z milpress o stand up – czyli desce, na której się stoi i wiosłuje. „Można tę dyscyplinę uprawiać na  jeziorach, rzekach, morzu, wszędzie gdzie jest woda” – powiedział, dodając, że on  zainteresował się tym sportem ponieważ lubi wodę i chciałby coś na niej robić. Uuważa, że jest to sport bardzo bezpieczny, poruszając się  po spokojnej wodzie  nie ma żadnego problemu, zakładając, że się umie pływać. Ćwiczy 5-6 razy w tygodniu. W tym roku mieszkał w Paryżu, to trenował na Sekwanie, kiedy mieszka w Warszawie to pływa po Kanale Żerańskim, a gdy jestem nad morzem to pływa  m.in. w Kołbrzegu i na Helu. Ten gatunek sportu uprawiany jest w świecie od dziesięciu lat, Paul zajmuje się nim od dwóch.

Paul powiedział, że najbliższe zawody odbędą się na Helu, potem jedzie do Warszawy a następnie będzie brał udział w mistrzostwach świata w Danii. Brał udział w zawodach w całej Europie. Lubi także windsurfing.

Paul Lenfant jest studentem finansów w Paryżu. Twierdzi, że rodzice bardzo go wspierają w tych działaniach sportowych.

Bardzo miło wspomina atmosferę panującą po takich wyczynowych imprezach. Za swoje wielokrotne zwycięstwa najczęściej otrzymuje nagrody pieniężne, pucharów zbyt wielu nie ma. Według niego ten rodzaj sportu nie jest drogi, ponieważ deskę można kupić już za 2 tys. zł. w komplecie z wiosłem i wystarcza na kilka sezonów. Są oczywiście droższe sprzęty, karbonowe długie, twarde deski.

Marcin Koc –organizator zawodów zajmuje się także produkcją supów – czyli desek SUP Bro. „W Kołobrzegu jesteśmy z bratem jedynymi producentami, Mam tu także wypożyczalnię” – powiedział.

Na świecie ten sport jest już popularny, a w Polsce na razie ludzie się przypatrują. Arkady Fidler twierdził, że świat go wołał, cytując słowa pisarza Marcin Koc przyznał, że również coś takiego czuje.

Marcin Koc wyjaśnił, że standup paddleboard – deski napędzane siłą wiosła – to sport bezwarunkowy tzn. , że w dowolnym miejscu rzucamy je  na wodę i wiosłujemy. Gdy jest wiatr i fale na morzu, wiosłujemy aktywniej, czyli jest to trudniejsze ale daje więcej satysfakcji. Deska jest pompowana, waży ok. 12 kg cały zestaw. Wrzucamy ją do samochodu, pompujemy nad jeziorem i pływamy z całą rodziną. Te deski mają wyporność 130 litrów, były testowane na koledze, który waży 120 kg i nie utonęły – stwierdził z uśmiechem Koc. Chodzi o to aby ich nie przytapiać. Nie są zbyt szybkie, ale są szerokie i  bezpieczne.

Uczestnik wieczornego party Marek Rowiński /lat 49/ mieszka w Grzybowie. Przepłynął Bałtyk na desce.

– Właściwie to był lot nad Bałtykiem Płynęliśmy na hydro skrzydłach, to tak jak kiedyś wodoloty miały konstrukcje, które unosiły nad wodą a my mamy podłączone do deski  kitesurfingowej, która napędzana jest latawcem i dzięki temu unosimy się w powietrzu  przelatując nad falami. Płynęło nas trzech, każdy na swojej desce. Mieliśmy do tego dwie łodzie asekuracyjne. W jedną stronę 100 km w linii prostej zajęło nam to niecałe 4 godz.  . Płynie się bez przerwy, ale my mieliśmy dwie, ponieważ wystąpiły problemy logistyczne.

Płynął także Adam Michalski /lat 35/ i Przemek Korbanek /lat 58/. Nie jesteśmy młodzieżą i chcieliśmy pokazać, że w różnym wieku można odnosić sukcesy. Na pewno było to wyzwanie fizyczne, logistyczne i techniczne. Dzięki temu, że chłopaki pływają już parę lat na hydroskrzydłach to są na tyle dobrzy, że nie używają siły, tylko techniki. Czyli bardziej dla nas był to przelot techniczny niż wysiłek fizyczny.

W ogóle nie dotyka się wody, jest się suchym tylko przy chwili nieuwagi można wpaść  do wody, ale człowiek się szybko zbiera i płynie dalej. Kombinezony mieliśmy suche.

To nie jest zawód, ani hobby, to jest coś więcej, dla nas to jest pasja. Jestem marynarzem,  Przemek jest biznesmenem a Adam jest projektantem budownictwa. Ta pasja trwa  od 25. lat. Moje zainteresowanie na pewno ma źródło w tym, że pochodzę znad morza. W tym przypadku jest to proste, biorę deskę i idę pływać. Rodzina z jednej strony akceptuje, a z drugiej strony okazuje się, że jesteśmy monotematyczni. I może to być męczące dla rodziny.

Przygotowania trwały ponad 2 miesiące, przelot 7 godz. . Każdego dnia także po 7 godz. spędzaliśmy na przygotowaniach m.in. technicznych, urzędowych – uzyskując różne pozwolenia. Następnie sprawdzanie łodzi i testowanie. Chcieliśmy być pewni, że wrócimy bezpiecznie.  Przewidywaliśmy wytrwałość fizyczną swoją i sprzętu, np. że mogą chwycić skurcze, czy pęknie linka. Zależało nam żeby nie narazić siebie i tego sportu na negatywne opinie. Mieliśmy dużo sprzętu, można nas było śledzić na żywo przez satelitę, co parę minut była uaktualniana pozycja łącznie z wiadomościami pisanymi z łodzi. Wyjechaliśmy o godz. 10, wróciliśmy po 20. Odbyło się to 13 lipca w czwartek.

Patronem przedsięwzięcia była firma – Burco, rzadko się zdarza w amatorskim sporcie, że sponsor nas sam wychwycił i zabezpieczył wszelkie koszty związane z tym crrossingiem. To są naprawdę duże pieniądze. Sponsorowi spodobało się to co robimy, zainteresowała się nami Dorota Kulig – pani od marketingu Burco.pl.

Chłopaki już myślą o kolejnych wyprawach, zgodziłbym się gdyby nie trzeba było tak bardzo angażować się organizacyjnie. Jeśli ktoś przygotuje to dla nas to z przyjemnością wezmę udział w przelocie. „Jestem monotematyczny, innych zainteresowań nie mam” – zakończył swoje wspomnienia z przelotu nad Bałtykiem Marek Rowiński – dla milpressu.

 

40 total views, 1 views today

OTWARTO KAPSUŁĘ CZASU Z GORZOWSKIEJ WIEŻY KATEDRALNEJ

NoMONETADOK12

Dokumenty, odpisy, zwitek banknotów i monety znaleziono w kapsule czasu, którą otwarto 14. lipca w gorzowskim oddziale Archiwum Państwowego, po pożarze katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gorzowie Wielkopolskim. Pożar wybuchł 1 lipca, dzięki szybkiej reakcji strażaków, kościół został uratowany. Zniszczeniu uległa katedralna wieża w wyniku czego usunięta została kopuła. Obecnie trwają zbiórki pieniędzy na odbudowanie fary.

Więcej na https://ekai.pl/gorzow-wlkp-otwarto-kapsule-czasu-ze-zniszczonej-pozarem-wiezy-katedry/

46 total views, 1 views today

DAUKSZEWICZ I PODOLAK NA GORZOWSKIEJ SCENIE LETNIEJ

Relacja Ewy Rutkowskiej

Kolejna odsłona festiwalu miała miejsce 8 i 9 lipca. Najpierw Krzysztof Daukszewicz, (satyryk, felietonista, tekściarz, poeta, piosenkarz, kompozytor, autor kilku książek i albumów z płytami)  i jego program pt. „Nareszcie w Dudapeszcie”. „To najnowszy, autorski program, w którym artysta wyśmiewa absurdy dzisiejszego społeczeństwa, nawiązując do bieżących wydarzeń społecznych i politycznych…” Tak anonsowano ten koncert w programie Sceny. Publiczność, jak nazwał ją Daukszewicz „Nasza klasa 60+” dopisała tłumnie.

Od początku zawiązała się nić porozumienia, wspólnie śpiewali i pozwalali na „manipulowanie” sobą. Śmiech nie milknął,  gdy opowiadał o absurdalnych rozmowach przez CB-radio, o swoich spotkaniach z tzw. menelami, o lapsusach polityków wszelkich opcji. Zaśpiewał też „Futurystyczną balladę”, przewidując „zamieszanie” w oświacie od pierwszego września.

Ten rok dla artysty jest bardzo ważny, bowiem obchodzić będzie zacne 70. urodziny, więc sam sobie napisał na tę okazję okolicznościowy wiersz. Była też smutna piosenka z morałem nawiązująca do historii Polski i wskazująca na niezaprzeczalny fakt, że nasz kraj, to  „Jeden naród dwa plemiona”. Był też wiersz  napisany na kanwie „Pana Tadeusza” pt. „A. Mickiewicz – K. Daukszewicz”.

Wieczór szybko upływał pod znakiem  dobrego humoru i śmiechu. Oczywiście nie mogło się obejść bez bisów. Na koniec zaśpiewał bardzo nostalgiczną piosenkę zaczynającą się takimi słowami: „jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień…”. A występ zakończył pewną mądrością:  „dziś, to dar losu, który trzeba pięknie przeżyć”.

Brawa nie milkły, choć był mały „incydent”. Jednej z pań program się nie podobał, ale „torturowała” się do końca. Po co? Mogła nie przyjść, albo  zwyczajnie wyjść wcześniej… .

Następnego dnia recital autorski pt. „Powieść o rozumnej dziewczynie” wg poezji Bolesława Leśmiana w wyk. Aleksandra Podolaka z gitarą. Artyście towarzyszył zespół muzyczny: Marek Zalewski – fortepian,  Jerzy Dutkiewicz – kontrabas, Mariusz Lipiński – perkusja,  na fagocie Rafał Dołęga –  muzyk filharmonii  zielonogórskiej. Informator tak m.in donosi o tym recitalu: „ Jest to historia, która się zdarzyła lata temu. Jest to opowieść o miłości, przemijaniu, o tym co nieuchronne…  . Artysta posługując się słowami Leśmiana opowiada o swojej miłości. O uczuciu wspólnego życia w szczęściu i nieszczęściu – dozgonnym i wiecznym”.

Poezja Leśmiana to pewien niedościgły klimat, to piękne słowa o miłości  wzniosłej i jakby nieziemskiej . I trzeba ją mówić na pewno z uczuciem, przeżywać „na jawie”. Ale aktor powinien wiedzieć, jak szeptem  dotrzeć do wszystkich rzędów krzeseł. O tym  uczą nawet na zajęciach dla instruktorów amatorskich zespołów teatralnych. A w tym programie teksty mówione były nieczytelne, nie docierały do każdego słuchacza. No może do kilku pierwszych rzędów… .

Bardziej nerwowi wychodzili po kwadransie, inni nieco później. Bo piękna była muzyka i pięknie zagrana. I dla niej warto było zostać do końca.

Zawsze powtarzam, że „poezja to trudna dziedzina sztuki” i do jej podania powinno się szukać dobrego klucza. Tandem z muzyką zawsze zdaje egzamin. Ale gdy główny bohater zawala, to zwyczajnie irytuje.

Ewa Rutkowska

 

 

 

 

21 total views, 1 views today