Gorzowską Scholę „Urwisy Maryi”, działającą przy parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski od 25 lat prowadzi Elżbieta Zjawin, katechetka. Opowiada o ćwierćwieczu działalności muzycznego zespołu, do którego garną się dzieci, młodzież a nawet dorośli.
Wanda Milewska: Kto może być uczestnikiem scholi?
Elżbieta Zjawin: W zespole może śpiewać każdy, czy ma talent czy nie. Choć wymaga to większej pracy, to satysfakcja jest tym większa, że udaje nam się wiele wspaniałych rzeczy osiągnąć. Z pewnością łatwiej pracuje się tylko ze zdolnymi uczniami ale ja raduję się nimi wszystkimi.
Jakie były początki i w jakich okolicznościach podjęła Pani decyzję o prowadzeniu scholi, co, lub kto miał wpływ, czy to był wyraźny Palec Boży?
Był rok 2000 i nastąpił podział parafii NMP Królowej Polski, z której wydzielono parafię Najświętszego Zbawiciela. Schola wtedy już działała. Do nowej parafii przeszedł ks. Ireneusz Semkło a wraz z nim część dzieci. Tutaj została reszta grupy z jedną z prowadzących Agnieszką Woźną.
Po podziale parafii zmienił się w pobliskich szkołach skład uczących katechetów. Wtedy śp. proboszcz ks. Roman Harmaciński zaproponował mi pracę w klasach najmłodszych w Szkole Podstawowej nr 5 i Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 16, a jednocześnie powierzył obowiązki opiekuna scholi. Czy to był Palec Boży? Zdecydowanie tak. Jest to grupa, która zawsze była, jest i będzie mi bliska, dla której poświęcam wiele czasu.
Od kiedy pamiętam zawsze widziałam Panią z gitarą. Na jakich jeszcze instrumentach Pani gra?
Gram na gitarze i flecie poprzecznym. Jestem samoukiem, nie kończyłam żadnej szkoły muzycznej. Zatem nie zawsze wszystko gra. Ha, ha.
Wybrała Pani zawód katechetki, jaka tutaj była motywacja?
Po skończeniu Ekonomika zdawałam na studia ekonomiczne, ale ku mojej radości nie dostałam się. Skończyłam Studium Finansów i … tu pojawił się ks. Andrzej Tomys, proboszcz parafii Najświętszego Zbawiciela, który wspomniał mi o studiach teologicznych. Dokładanie nie pamiętam, jak i kiedy ta decyzja zapadła, ale okazało się, że kilku znajomych tam poszło i ja też się tam znalazłam. Studia rozpoczęłam rok po maturze. A po pierwszym roku rozpoczęłam pracę, jako katecheta w przedszkolach na moim osiedlu. I tak minęło 29 lat mojej pracy w katechezie.
Po owocach ich poznacie. Panią wiele osób poznaje po owocach. Do scholi wstępują dziewczynki i chłopcy, śpiewający i grający. W jaki sposób Pani oddziałuje na młodych ludzi, że oni się garną do muzykowania. Czy zachęca ich Pani do nauki gry w szkołach muzycznych?
Oj, owoców to jest bardzo dużo. Miło patrzeć, jak dzieciaki się rozwijają. Jak na początku przychodzą niepewnie, aby z każdym rokiem odkrywać swoje talenty. Są dziewczynki i chłopcy, od klas najmłodszych, a nawet przedszkolaków do maturzystów. Chętnie przychodzą, lubią taką formę zajęć. I co ciekawe bardzo dobrze ze sobą się dogadują mimo wielu różnic. Czy jestem dla nich inspiracją to nie wiem, ale wiem, że patrzą na mnie, na to, że ja gram i też chcą grać, Najbardziej to widać w szkołach, uczniowie na lekcjach mają kontakt z żywym instrumentem, pozwalam im dotykać gitarę, trochę poszarpać a potem po Pierwszej Komunii pojawiają się kolejne gitary u uczniów. Ale wyrażają też chęci nauki w szkołach muzycznych. Cieszę się, że chcą rozwijać swoje talenty. Mają duże możliwości, ja kiedyś takich nie miałam. Zresztą nie miałam czasu. Mnie interesował sport, trenowałam siatkówkę.
Praca w scholi, to próby, występy ale też warsztaty. Kto prowadzi warsztaty i czy młodzi ludzie chętnie w nich uczestniczą?
Praca w scholi? To nie praca, bo za pracę należy się wynagrodzenie. To jest niesamowita przygoda, która trwa już wiele lat. Przede wszystkim to systematyczne cotygodniowe kilkugodzinne próby, obecnie odbywają się w soboty.
Najpierw instrumenty, potem wokal. Są wyjazdy na festiwale, śpiew podczas uroczystości w mieście czy diecezji. Od wielu lat bierzemy udział w Orszaku Trzech Króli, śpiewamy na wigilii dla ubogich. Co roku jesteśmy na Diecezjalnym Dniu Dziecka w Rokitnie, gdzie posługujemy podczas Mszy św. Zapraszają nas w różne miejsca, ale nie ze wszystkich zaproszeń korzystamy, gdyż to wymaga dużej organizacji przy tak dużej grupie. Zespół liczy 54 osoby, dzieci i młodzież.
Aby rozwijać zespól organizowane są liczne warsztaty. Przez 3 lata systematycznie przyjeżdżał do nas Hubert Kowalski. Kilka razy był Piotr Łopaciński – instruktor muzyki gospel. Zajęcia prowadziła też Sylwia Martyniuk z Wrocławia, a z Poznania Kasjan Drogosz. Od roku odwiedza nas Martyna Dziechciaruk z Zielonej Góry. Najbliższe warsztaty odbędą się w tym miesiącu a potem w grudniu. Warsztaty to piękny czas, zespół muzycznie się rozwija a „Urwisy Maryi” w nich chętnie uczestniczą.
Jakie są Pani wspomnienia z dzieciństwa, czy to także nauczycielskie autorytety miały wpływ na rozwój młodzieńczych pasji?
Młodzieńcze pasje – to był sport. Byłam w klasie sportowej, trenowałam siatkówkę i brałam udział w różnych biegach. Chyba przez długie nogi mnie tam wystawiali. Poza sportem niewiele wtedy mnie interesowało. Miałam różnych wspaniałych nauczycieli, trenerów. Ale w sport po maturze nie poszłam. Nie miałam pasji muzycznych, choć w klasach młodszych tańczyłam w szkolnym zespole. Muzyki nie bardzo lubiłam, bo pani męczyła nas grą na flecie więc tak naprawdę nie wiem skąd to się wszystko wzięło. W rodzinie nikt na żadnym instrumencie nie grał. Bardziej zaangażowani byliśmy w sport.
Czy w scholi są także dzieci z niepełnosprawnościami?
Tak, w zespole są osoby z różnymi schorzeniami. Wiele razy mi powtarzano, aby skupić się na tych osobach, które ładnie śpiewają i mają to „coś”. Zawsze odpowiadałam: – Nie. Ten zespół ma swoją specyfikę. Może śpiewać każdy, czy ma talent czy nie. I choć to wymaga większej pracy i nie wszystko przeskoczymy, to satysfakcja jest tym większa, że udaje nam się wiele wspaniałych rzeczy osiągnąć. Z pewnością łatwiej pracuje się tylko ze zdolnymi uczniami, ja jednak nimi wszystkimi się bardzo raduję. Te dzieciaki przez lata pokazały mi, co jest ważne, nie zawsze to najpiękniejsze wykonanie, choć też to jest ważne, ale przede wszystkim ich zaangażowanie, ich chęci, pokonywanie własnych ograniczeń. Tego trzeba doświadczyć, by widzieć potem sens pracy z takim składem, a nie innym.
Czy może Pani opowiedzieć o swojej rodzinie?
Moje miasto to Gorzów, a moje osiedle, to Staszica. Tutaj była szkoła podstawowa, zresztą ta w której pracuję SP16, potem Ekonomik – piękny czas. Studia teologiczne w Poznaniu z filią w Gorzowie Wielkopolskim. Moja rodzina to 2+2. Wspaniały mąż i wspaniałe córki – studentki.
Wiem, że jest pani rowerzystką. Proszę opowiedzieć o tej pasji, a może są jeszcze inne?
Czy rower jest pasją? Pewnie na nowo odkrytą. Jako dziecko szaleliśmy na rowerach i innych sprzętach. Pewnego dnia skradziono mi rower z piwnicy, wtedy nastąpiła przerwa. Obecnie pasja wróciła, ale to wszystko przez obecnego proboszcza ks. Tomasza Sałatkę, bo jak człowiek się napatrzy, to potem też mu się przypomina, że lubił to robić, no i rower powrócił.
Bardzo lubię jeździć, jeżdżę cały rok. Lubię chodzić po górach, ale z kimś, kto zna szlaki, bo ja tego nie ogarniam. Lubię chodzić, mój mąż czasami żartobliwie mówi, że mogłabym podpisać kontrakt z jakąś firmą obuwniczą, na testowanie wytrzymałości obuwia. Moją pasją jest gotowanie ale oprócz zup, bo tego się jeszcze nie nauczyłam. Uwielbiam piec ciasta i ponoć nieźle mi to wychodzi. Jest tych zainteresowań sporo, tylko czasu brak, bo doba jakaś krótka. Ciekawa książka też jest mile widziana.
Foto Ewelina Rzeżawska
Foto archiwum Elżbiety Zjawin
49 total views, 38 views today
[0]








