LETNIE WSPOMNIENIA MARZANNY LESZCZYŃSKIEJ

MARZA1555MARZA3555MARZA655MARZA255

Skończyły się wakacje i skończyło się lato. Zostały letnio-wakacyjne wspomnienia z wyjazdów do Norwegii i Chorwacji. I choć tyle pięknych widoków było, tylu różnych ludzi się spotkało, wiele przygód się przeżyło to najczęściej i najsilniej powracają do mnie jak bumerang dwa wydarzenia:

Wydarzenie nr 1: Wyspa Hvar w Chorwacji

Kupiłyśmy świeże  warzywa i owoce na bazarze i wracałyśmy („trzy Gracje”- Ania, Małgosia i ja) do portu, aby pontonem dopłynąć na czekający na nas katamaran, zacumowany przy bojce. Spieszyłyśmy się, bo trzej mężowie niecierpliwie wysyłali s-msy: „Co tak długo?”. Nawet grozili, że odpłyną bez nas, kapitan się piekli, bo (cha, cha) zasnął, kotwica puściła i zniosło go gdzieś na bok, tam już grożą karami i natychmiast nasz katamaran ma opuścić miejsce gdzie zadryfował.

Z siatami w rękach i nieodłącznym kapeluszem – panamą, który kupiłam w popularnych tu sklepach o tematyce marynistycznej „Blu” lub „Aqua”, zmierzałam do portu. Nagle przez zatłoczony plac wybiegł naprzeciwko nas około czteroletni chłopczyk. Dziecko było zrozpaczone, zalewało się łzami, szlochał i biegł przed siebie, niczym przysłowiowe lemingi do morza na zatracenie. Zatrzymałam się, aby rozejrzeć się gdzie są jego rodzice, zastanawiałam się czy wzięli go na tzw. przetrzymanie, gdyby np. histeryzował lub próbował na nich coś wymusić. Niestety, szybko zorientowałam się, że rodziców nie ma. Niektórzy ludzie przystawali na chwilę, patrzyli po czym odchodzili. Dziecko biegło dalej, a jego rozpacz była dla mnie rozdzierająca serce. Chłopiec biegł coraz szybciej, jakaś kobieta chwyciła go za rączkę, ale ją wyrwał, a ona odpuściła. Chłopiec zbliżał się do ruchliwej ulicy. Tak się składało, że ludzie szli w przeciwną stronę niż ten chłopczyk biegł. Zresztą  i ja też, raczej nikomu nie było po drodze ratować dziecko w dodatku wyglądające na „niegrzeczne”, nie dające się ujarzmić i możliwe, że wyrywałoby się czy kopało. Ludzie znajdujący się obok chłopca „topnieli” coraz bardziej, ruchliwa ulica przybliżała się do niego a stamtąd nie przybywał już nikt.

W jednej chwili wręczyłam wypełnione zakupami siaty koleżankom, powierzyłam swoja panamę, którą musiałam nieustannie przytrzymywać, bo wiatr chciał mi ją zazdrośnie ukraść i puściłam się pędem za chłopcem. Do ruchliwej ulicy pozostało tylko parę metrów. Wzięłam go na ręce, próbowałam uspokoić, głaskałam po jasnych włoskach, tuliłam pokazując palcem w kierunku portu i powtarzając „Mama. Tam jest twoja mama.” Niosłam go tak przez plac, dziecko przynajmniej nie wyrywało się i nie kopało, ale uspokoić się nie mogło, łzy płynęły i szlochało na głos. Ludzie przystawali, ktoś pokazywał gdzie jest policja. Oddalałam się od ruchliwej ulicy i instynktownie przeczuwałam, że zaraz zobaczę tu kogoś kto rozpaczliwie szuka swojego dziecka. Instynkt mnie nie zawiódł. Wkrótce jakaś kobieta pokazała palcem za winkiel potężnego, zabytkowego budynku. Tam już chyba ktoś rozpaczał. Dziecko ciągle sygnalizowało swoje zagubienie na moich rękach. Nagle z oddali zobaczyłam pędzącego w moim kierunku młodego mężczyznę. Potężnymi susami zbiegł z mostku w porcie i błyskawicznie przemierzył plac.

-Your son?” – zapytałam.

– No, cousin –  odparł.

Nie miałam wątpliwości, że to rodzina. Zagadywał do dziecka, wydaje mi się po czesku. Chłopiec uspokoił się nieco, ale ciągle był rozdygotany.

Przekazałam malucha i poszłam do portu. Z oddali widziałam jak młodzieniec przekazuje chłopca małej, drobnej blondynce, która wtopiła się w niego i tak stojący pozostali w mojej pamięci.

Obok mnie usłyszałam polski głos: „ W takich przypadkach mogą posądzić o uprowadzenie”.

Odparłam tylko: Wszystko mi jedno, co ktoś powie i co pomyśli. Tam było wielu świadków. Gdyby to dziecko zginęło pod kołami samochodu, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.”

Wydarzenie 2:

Tromso – „Wrota Arktyki”. Norwegia. Ależ wybraliśmy! Po afrykańskich temperaturach w Polsce ta chwila na północy Norwegii była prawdziwym wytchnieniem. Przez całą noc jeździliśmy po mieście rowerami w rękawiczkach, ocieplaczach obserwując niebo, momenty zetknięcia się dnia z nocą. Akurat trwały „białe noce”. Dla naszego syna Witka, który ukończył właśnie liceum o profilu matematyczno – geograficznym było to zjawisko interesujące i wiele od niego dowiedzieliśmy się. W Ice Galery, gdzie rzeźby z lodu były prawdziwymi dziełami sztuki wytrzymaliśmy 45 minut. Nastała niedziela i chcieliśmy pójść na Mszę św. Przeczytaliśmy w internecie jak to ksiądz z Polski rozszerzył katolicyzm wśród tutejszej ludności i ludzie nie mieszczą się w kościółku podczas Mszy św. Niestety w niedzielę nie udało nam się wybrać, ale przyszliśmy w poniedziałek. Punktualnie cała nasza czwórka stanęła przed drzwiami kościoła i niestety drzwi były zamknięte.

-Nikt oprócz nas nie przyszedł, dlatego ksiądz nie otworzył kościoła – pomyślałam. Już mieliśmy odejść, gdy usłyszałam przy bocznej bramie jakąś krzątaninę. Sądziłam, że to ksiądz i nie pomyliłam się. Dogadywaliśmy się po angielsku. Powiedział, że chętnie odprawi Mszę dla naszej rodziny i poprosił abyśmy poczekali. Po chwili drzwi kościoła się rozwarły, a on zaczął wertować w swoich świętych księgach. Zapytał czy jesteśmy z Anglii, a my na to, że z Polski.

– To trzeba było tak od razu – odpowiedział po polsku. Chwilę potem dołączyła do nas jeszcze jedna osoba. Był 22. lipca, dzień św. Rity więc dużo o niej opowiadał. Po Mszy chętnie z nami porozmawiał. Opowiedział o wielu ciekawych zdarzeniach. Mieszka tu od 13. lat. Pochodzi ze Śląska. Mówił o zorzy polarnej, życiu mieszkańców i ostatnich przemianach w tym kraju.

Według mnie najważniejsze było spotkanie moich nastoletnich synów z kapłanem. W krótkim czasie dotknął kluczowych spraw, które nas rodziców nurtowały, ale nasz autorytet był za słaby aby sobie z nimi poradzić. Zachęcił chłopców do aktywności i rozwoju, także oni na parę pytań musieli odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że w tej chwili zrozumieli po co się uczą. „ Lepiej teraz się parę lat potrudzić, aby potem było lekko, niż aby teraz było beztrosko a potem resztę życia trudzić się żeby  przeżyć”. To była rozmowa kogoś zatroskanego, znającego problemy polskiej młodzieży we współczesnym świecie. Chcieliśmy na koniec złożyć ofiarę, kategorycznie jej nie przyjął.

Zastanawiam się dlaczego te wydarzenia wydają mi się takie ważne​ ?

W pierwszym przypadku przestałam być biernym odbiorcą. W krótkim czasie wykazałam się refleksem, wrażliwością i zdrowym rozsądkiem, a to niesie sporą satysfakcję, o wiele większą niż odwiedzenie nie wiem jakiegoś pięknego miejsca na świecie.

A w drugim przypadku?

Być może jest to reakcja na cały ten zgiełk wokół filmu „Kler”, nagonki na księży, niesprawiedliwego wrzucania wszystkich do jednego worka. Ciągle spotykam księży, drogowskazy, pomocnych, dzięki, którym nie mam wątpliwości, że do kościoła trzeba chodzić i nie spotka mnie tam nic złego.

Marzanna Leszczyńska

295 total views, 1 views today

[0]
0.00 zł Zobacz

Formularz zamówienia

NazwaCena
Anuluj
Better Pay - System sprzedaży dla WordPress!

Komentowanie zamknięte.