STAROMODNA AMERYKA

my88ArkanOla88Kos888NAp

Branson, to jedno z większych miast stanu Missouri, na pograniczu z Arkansas, do którego z pobliskich rejonów zjeżdżają turyści szukający rozrywki. Atrakcji jest tu naprawdę bardzo dużo. Niektórzy mówią, że to drugie Las Vegas.

Jeśli ktoś lubi powrót do przeszłości a jeszcze kocha naturę to poczuje się jak pstrąg w wodzie, bo jest ich tu całe mnóstwo. Park rozrywki Silver Dollars City czy Park Narodowy to naprawdę niezwykłe miejsca na relaks i odpoczynek, oprócz tego setki innych atrakcji z przeważającą tu muzyką country.

Andrew Nagorski – dziennikarz amerykański, urodzony w Szkocji, którego rodzice byli Polakami napisał m.in w Newsweek Polska w 2009 r. „Dlaczego Branson jest tak słynne w sercu kraju, a tak mało gdzie indziej? Bo zaczynało skromnie i wciąż przyciąga Amerykanów, którzy wierzą w staromodne wartości, takie jak Bóg i ojczyzna”./ http://www.newsweek.pl/swiat/jeden-dzien-w-branson,50557,1,1.html/

Chciałabym aby taka „staromoda” była zawsze i wszędzie.

Jeżdżąc po tych rejonach Ameryki turysta, na każdym kroku dowiaduje się, że Jezus jest Królem Świata, napisy Jesus World – nieustannie o tym przypominają. Po drodze mijaliśmy mnóstwo kościołów, ich reklam oraz napisów przypominających, że Bóg jest wszędzie.

Dwukrotnie nawiedzaliśmy położony w środku Narodowego Parku drewniany  kościółek, w którym zamiast ołtarza był widok na wodospad, skały i drzewa. Wrażenie wprost nieziemskie, żadnych obrazów, tylko ławki i pulpit z wyłożoną na nim  Biblią i przy ścianie pianino, na którym napisana była prośba, żeby nie dotykać. To był rajski widok.

 

165 total views, no views today

SHOW GASTRONOMICZNE W BRANSON

Jeedze555SHOW55Konie55

Spożywanie posiłku może być rozrywką, a nawet show. W tym celu przenieśliśmy się do Dolly Partons Stampede Dinner Atraction w Branson.

Konrad zapowiedział, że będzie to rozrywka, której długo nie zapomnimy. Będziemy zajadać obiad, a wokół będą krążyć konie, więc może się zdarzyć, że „na talerzu wyląduje końska kupa”.

Przed pięknym lokalem przy którym posadowiona jest stajnia, a w boksach po jednym pięknym rumaku, wokół którego kręcą się stajenni, urocza panna z wachlarzem w długiej strojnej sukni witała gości.

Aby dostać się do wnętrza, po kupieniu biletu trzeba przejść kontrolę, chodzi przecież o bezpieczeństwo, nie wolno wnosić broni, która prawnie w Stanach jest dozwolona ale prawnie także jest obowiązująca kontrola.

Dlatego m.in. nie ma tu problemów np. na stadionach sportowych, na których jest pełna kultura, nikt się nie wydziera, nikt nie robi żadnych burd.  Nie oceniam, co jest lepsze i gdzie jest lepiej.

Skierowano nas do wielkiej okrągłej sali, na wzór cyrkowej areny. Na scenie występował zespół trzech artystów, śpiewających i grających country w taki sposób aby maksymalnie zaangażować wszystkich gości, których było około tysiąca. Były piosenki dedykowane dzieciom, rodzicom i dziadkom, tupanie, klaskanie i wtórowanie. Pojawiały się nutki patriotyczne i religijne, bo jest to okolica należąca do słynnego pasa biblijnego Ameryki, czyli tradycyjnej ostoi ewangelików. Nie brakuje flag i zawołań „Boże, błogosław Amerykę”.

Po takiej rozgrzewce goście poproszeni zostali o wejście na wyższe piętro do sali Dixie Stampede. W kilku rzędach wokół areny znajdowały się ławo – stoły. Wszyscy otrzymali jednakowe menu. Zapowiedziano na początku, że jedzenie będzie się odbywało rękami, wszyscy się zaśmiali, jednak okazało się to prawdą. Plastikowe kubeczki wyglądające jak rondelki napełniano zupą.

Potem roznoszono dziwaczne bułeczki, następnie ziemniaki pieczone przekrojone na pół, do tego podano pieczoną kukurydzę, po całym kurczaczku i pieczone polędwiczki wieprzowe.  Na deser  było ciasto przypominające polski jabłecznik i oczywiście kawa. zatem sztućców nie było. Do picia bez ograniczeń woda z lodem lub soki z lodem.

Zadziwiająca w tym wszystkim była obsługa, prawie biegająca wśród rzędów i natychmiast podająca posiłki. Potem kelnerzy i kelnerki zwinnie to wszystko sprzątali. Takie jedzenie trwało trzy godziny, więc jadło się dość wolno, a w tym czasie na arenie pokazywana była cała historia Ameryki. Począwszy od czasów Indian, poprzez kowbojskie tradycje.

Uczestniczyliśmy na wesoło w wojnie –  Północ – Południe, jednak z nutą refleksji i zadumy ale  nade wszystko radości. Aż do zwycięstwa, do pogodzenia Północy z Południem do świętowania i szanowania wielkiej amerykańskiej flagi. To było widowisko, w którym czynnie brali udział biesiadnicy podzieleni na dwie grupy. Jedna strona była Południem druga Północą. I trwały zabawy, konkurencje i rywalizacje zmierzające do osiągania sukcesów, nie zapominając, że wszyscy pochodzą od jednego Boga.

A zabawy były przednie. Wyścigi kur – przedstawicielki Północy i Południa.

Biegi z wiadrami z wodą, którą wlewano do beczek stojących na szali, wygrało Południe, więc Południowcy dawali wyraz radości okrzykami i oklaskami.

Szukanie dziewczyny ukrytej w beczce – konne wozy tak jeździły, że nikt nie zgadł, w którym z nich ukryto dziewczynę z widowni.

Wyścigi koni – Południowych i Północnych.

Wyścigi psów skaczących przez przeszkodę. Jeden z nich był proponowany do adopcji.

Zbijanie baloników na koniach.

Rzuty w dal kolorowymi podkowami.

Wyścigi prosiąt.

Wszystko i wszyscy, którzy reprezentowali Południe byli oznaczeni niebieskimi kokardami albo przepaskami:, a Północ – czerwonymi.

Ostatnią dyscypliną było podawanie amerykańskiej flagi przez biesiadników, reprezentujących Południe i Północ, zwyciężyć miała strona, która najszybciej przekazała flagę do celu, aż do jej wbicia. Nikt nie powiedział kto wygrał. Natychmiast sceneria na arenie się zmieniła i wkroczyły piękne rumaki z jeźdźcami trzymającymi flagi.

Taki był punkt kulminacyjny atrakcyjnego posiłku. Konie jeszcze długo  paradowały wokół areny. A potem piękne panie – jeźdźcy w sukniach o barwach  narodowych ustawiły się do pozowania do wspólnych zdjęć.

Choć ludzi było tu bardzo dużo, opuszczanie restauracji odbyło się sprawnie. Kiedy usiedliśmy do samochodu Konrad stwierdził brak okularów słonecznych, bez których jazda jest niemożliwa. Doświadczając i czytając o  uczciwości panującej na tych terenach, nie mieliśmy wątpliwości, że okulary się znajdą. Konrad nie musiał nawet wchodzić do wielkiej areny, okulary już czekały na niego w recepcji.

 

 

77 total views, 1 views today

PAŁAC MOTYLI W STANIE MISSOURI

Moty55pala55Wabik55

Branson jest miastem w stanie Missouri, znajduje się w Górach Ozark. Jest popularnym miejscem dla wczasowiczów, uroki przyrody przyciągają tu gości ze wszystkich regionów kraju, którzy przybywają tu głównie samochodami lub autobusami. Podobno nie jest znane nowojorczykom i Kalifornijczykom, bo Amerykanie za wiele nie podróżują.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie od wizyty w Butterfly Palace czyli Pałacu Motyli, położonego na wysokim wzgórzu, z którego doskonale widać panoramę okolicy.

Przygodę z motylami można przeżywać przez trzy dni. Przy rejestracji otrzymuje się żółtą  opaskę na rękę i jeśli w ciągu trzech dni jej się nie zdejmie, można wchodzić i zwiedzać bez opłaty.

Aby dotrzeć do celu, przeszliśmy kontrolę. Właściwie kontrolują tu wszędzie, gdzie jest większa liczba osób, oczywiście robią to z uśmiechem. Motylki siadają na flakonikach z wabiącą cieczą, czasem na głowie i na  rękach. W pomieszczeniu jest ciepło i czuje się sporo wilgoci, wszystko po to by motyle czuły się jak najlepiej a jest ich tam naprawdę dużo.

Po zakończeniu wędrówki, ponownie kontrola, tym razem chodzi o to, czy przypadkiem na drugą stronę nie wybiera się jakiś motyl. Strażnik sprawdza wychodzących dość pobieżnie, natomiast po otwarciu drzwi do pomieszczenia w formie windy czuje się silny powiew wiatru, więc gdyby nawet motyl gdzieś w zakamarku ubrania się skrył, to wiatr uniósłby go tak, że byłby widoczny. Z nami żaden się nie zdecydował na opuszczenie lokum.

96 total views, no views today

AMERYKAŃSKIE WYDARZENIA – SPORT

FON5Sta55FON

Sport dla wielonarodowościowej i wielojęzycznej nacji, którą są Amerykanie,  jest czymś co łączy. Wszelkie mecze są wydarzeniami gromadzącymi na stadionach tłumy ludzi, którzy wspólnie spędzają czas. Sport tutaj jest nie tylko widowiskiem, podczas którego kibicuje się swojej drużynie. To także relaks i zabawa. Przed boksami stadionu tryskają kolorowe fontanny,  na telebimach wyświetlane są różne ciekawostki, między rzędami poruszają się baśniowe postacie, z którymi widzowie chętnie się fotografują. Roznoszone są łakocie, a wszystko jest w zasięgu ręki, nawet nie trzeba się ruszać, chyba, że ktoś woli zmieniać miejsca więc może się wybrać w tym czasie na zakupy lub na spożywanie fast foodów.

Niektórzy nawet nie wchodzą na stadion,  czasem biwakują cały weekend rozstawiając grille, choć  punkty gastronomiczne oferują wszelkie jadło. Są kuchnie różnych narodowości, są kawiarenki i sklepy oferujące gadżety, pamiątki i stroje sportowe. Jest także muzyka, którą oferują siedzący na stołeczkach wędrujący muzycy.

Wydarzenia sportowe to nie tylko atrakcja dla ludności, to także podniosłe wydarzenia państwowe. Podczas każdego meczu na stadionie pojawia się przedstawiciel wojska. Każdy mecz rozpoczyna się odegraniem hymnu Ameryki. W tym momencie, jeśli jeszcze nie wszyscy są na stadionie, to gdziekolwiek się znajdują, zatrzymują się i stoją do końca hymnu na baczność.  Zawsze jest jakiś dostojnik wojskowy, którego pokazują na telebimach albo staje na środku stadionu witając przybyłych kibiców.

Jest tu ład i porządek, wzajemny szacunek. Tego Amerykanie uczeni są od pokoleń. Nowicjusze dostosowują się do panujących tradycji i zwyczajów, nigdy odwrotnie.

Być w Ameryce i nie obejrzeć stadionowego widowiska byłoby podobno,  nie w pełni wykorzystaniem danego czasu na zwiedzanie. Tym bardziej, że rozmowa o sporcie jest bardzo mile widziana we wszystkich kręgach społecznościowych. Tak jak nietaktem jest wymiana zdań na temat polityki, religii czy pieniędzy, tak o sporcie można rozmawiać wszędzie a nawet trzeba. Tym bardziej w stanie Kansas, którego krajobraz stanowią wolne powierzchnie – pozostałości po prerii, a także właśnie boiska – wielkie, zadbane, przystrzyżone, oświetlone, w pełni profesjonalne. Co najważniejsze – wykorzystywane bez względu na pogodę.

Do tej pory jestem pełna podziwu, że padający deszcz a nawet grad nie był w stanie przepędzić ludzi z zielonej boiskowej trawy. Miejscowi powiadają, że tylko tornado, huragan, albo burza powoduje opuszczanie boiska. Wszelkie opady atmosferyczne są dla ludzi, – najwyżej się trochę zmoknie ale później się wyschnie więc nie ma problemu. A ćwiczyć i sportu zażywać trzeba, bo to jest potrzebne dla zdrowia – twierdzą.

W takich okolicznościach dałam się namówić na udział w meczu baseballowym. Ja, która tłumów boję się panicznie.  Dzisiaj deszcz padał od rana, miałam cichą nadzieję, że moi współtowarzysze choć trochę się przestraszą takiej pogody. Nic z tego. Bilety kupione, a po za tym, żadnych prognoz burzowych czy huraganowych nie było. Trudno! Jak niektórzy mówią: „poszła krowa, niech idzie i ciele”, najwyżej się rozchoruję. Zaczęłam latać samolotami, zacznę latać po boiskach! J

Ubrałam się bardzo ciepło, spodnie, sweter, długą kurtkę. Parasol do ręki i niech się dzieje wola nieba. Mecz miał się odbyć na stadionie Kufmann Royals w Kansas City, który jest dumą tego regionu, a może i Ameryki. Jest to wielki bassebollowy stadion kilku poziomowy, częściowo zadaszony.

Przed wjazdem na parking, znajdują się bramki jak u nas w Polsce na autostradzie, w nich kupuje się parkingowy bilet. Po przekroczeniu bariery, samochody dostają się w ręce parkingowych, którzy są bardzo widoczni, najczęściej czarnoskórzy, ubrani w zielone żarówiaste kamizelki, oni wskazują kierunek jazdy i znalezienie miejsca postojowego.

Ustawiliśmy się bardzo blisko wejścia – zgodnie z biletem.

Zawsze bałam się tłumów, wybierając się na olbrzymi stadion przekroczyłam kolejną barierę strachu. Pierwszą był lot samolotami. Mam to już za sobą. I znowu się zdumiałam, porządkiem i organizacją jaką tu zastałam. Spokój, ład i uśmiech. Można? Można!

Po prostu przyjemność. Oczywiście dla tych, którzy lubią stadiony. Ja tu jestem z ciekawości, jako świadek wydarzeń.

Po zaparkowaniu samochodu, aby wejść na teren stadionu, przekracza się kolejną bramkę. Podobnie jak na lotnisku, kładzie się na taśmę rzeczy, które włożyło się do kieszeni lub trzyma w ręce. Torebek wziąć nie można więc od razu trzeba zostawić w samochodzie. Parasol owszem przeszedł. Ale co to? Pogoda się zmienia. Oczami wyobraźni nawet widzę zamglone słoneczko, które naprawdę po chwili – na chwilę się ukaże. Deszcz przestał padać.

Przeszliśmy bramkę, ja z parasolem, pozostali nic ze sobą nie brali. Na bramce obok taśmy przy strażniku, stał pomocnik – osoba niepełnosprawna, który coś po swojemu wykrzykiwał, czasem coś jakby chciał powiedzieć. Nie ważne. Ważne, że  był potrzebny i zauważony i on także zauważał i pozdrawiał. Mimo, że chyba nie w pełni zdawał sobie sprawę z tego co można na stadion wnieść a czego nie wolno. Chociaż, kto wie, może właśnie wiedział.

Gdy weszliśmy do odpowiedniego sektora, natychmiast zajęła się nami pani w żółtej kamizelce, pokazując miejsca do siedzenia. Stwierdziliśmy, że na razie są mokre więc siadać nie będziemy. Ale oczywiście, że na mokrych nie będziemy siadać, bo jej obowiązkiem jest przygotować nam suche miejsce. Ona to wiedziała, my jeszcze nie. Wyjęła specjalną ściereczkę i kilkoma ruchami ręki osuszyła siedzenie, wykręciła ściereczkę z wody, wytarła kolejne foteliki. Proszę bardzo, gotowe. Thank You very much, naprawdę suchusieńkie.

Ponieważ nie lubię siedzieć długo w jednym miejscu więc wstałam i wyszłam do góry, stanęłam na szerokim przejściu aby oglądać stojąc. Niespodziewanie z boku posłyszałam głos tej samej pani: „Are You ok”? – Oczywiście, że okej, tylko nie chce mi się już siedzieć. Natychmiast ustawiła mnie w odpowiednim miejscu, nie na przejściu.

Po zakończonym meczu ustawiliśmy się grupą do zdjęcia, jeden z nas musiał je robić, ale ni stad ni zowąd pojawiła się kolejna pani w żółtej kamizelce i zaproponowała zrobienie fotografii, żeby wszyscy na niej byli.  „Nice to see you, today” – powiedziała uradowana stadionowa, oczywiście z rozdziawionymi  buziami pożegnaliśmy także rozdziawioną amerykańskim uśmiechem panią.

O samym meczu opowiem innym razem. Do wizyty na stadionie przygotowałam się oglądając film pt.: „42 – Prawdziwa historia amerykańskiej legendy”

 

49 total views, no views today

TANECZNE POZDROWIENIA Z OVERLAND PARK DLA FAN DANCE W GORZOWIE WLKP.

BalSAl55Camelott55

W Camelot Ballroom w Overland Park do tańca przygrywa Abel Ramirez Big Band. Trafiliśmy na uroczystość trzecich urodzin Big Bandu. Sala balowa w Camelocie, jest jedną z największych w Overland Park. Właściciele chlubią się, że takiego drewnianego parkietu, wysokiej jakości, w okolicy się nie znajdzie.

Mimo, iż tancerze dbają o sprawną i zgrabną sylwetkę, nikt nie oparł się pysznemu tortowi serwowanemu z tej okazji.

Serdeczne pozdrowienia przesyłamy z kansaskiej sali balowej tancerzom z Fan Dance Anny i Grzegorza Deptów.  Mimo, iż jest tu naprawdę miło, już tęsknimy za Wami :)

 

 

54 total views, no views today

GORZOWIANIE NA TANECZNYCH MISTRZOSTWACH OKRĘGU LUBUSKIEGO

TurniejTRURura

Relacja Marzanny Leszczyńskiej 

Taneczne Mistrzostwa Okręgu Lubuskiego PTT dla seniorów, odbyły się 22 kwietnia 2018 r. w Świdnicy koło Zielonej Góry.

Chociaż nie był to nasz pierwszy udział w tego typu turnieju, to wyjątkowa trema ogarnęła mnie tego dnia. Fakt, że zmieniono reguły i zamiast 10. tańców jak dotychczas, tym razem obowiązywało wykonanie 8. tańców, podziałał na mnie przygnębiająco. Niestety, odpadły moje ulubione: fokstrot i paso double. Organizatorzy chcieli pewnie w ten sposób zachęcić większą ilość par do wzięcia udziału w konkursie, ale  nie wiele ten „ukłon” w ich stronę dał, bo tylko dwie pary w ten sposób zwabiono. Być może każda para jest na wagę złota. Nie tylko ja byłam rozczarowana, bo po turnieju jak zwykle udajemy się całą „paką” na zasłużoną kolację po takim stresie i wysiłku i wtedy przy stole snujemy spokojnie pogawędki o tym co się wydarzyło  przed chwilą. Wszyscy zgodnie przyznaliśmy, że Mistrzostwa powinny być w 10. tańcach, bo to przecież jest walka o tytuł Mistrza, a jak Mistrz może nie znać „lisiego kroku”  czyli foxtrota? Toż to właśnie świadczy o kunszcie tancerza, bo to najtrudniejszy z wszystkich standardowych. A ogniste paso double? Piękny, żywiołowy hiszpański taniec. Poza tym masz namiastkę, że tańczysz flamenco. No nic nie jest łatwe, ale da się opanować lepiej lub gorzej. Senior po 50-tce jak pokaże, że umie zatańczyć foxtrota i paso double to jest jego wielki atut.

Czas się pochwalić wynikami.

Zostaliśmy vice mistrzami w tańcach latinoamerykańskich. Nieco pechowo, bo mieliśmy tyle samo punktów co zwycięska para. Przegraliśmy, bo w takim przypadku rozstrzyga fakt, która para ma więcej jedynek ( czyli cząstkowe oceny sędziów są brane pod uwagę)

W każdym razie ucieszyłam się komplementem Grzegorza Depty, że nasza łacina była bardzo przyjemna.

W tańcach standardowych zdobyliśmy medal brązowy. Oj, tu łatwo nie było, ale zaszczyt jest zatańczyć z parą, która jest reprezentantem Kadry Narodowej Polski.

Tak, seniorzy mają swoją Kadrę Narodową, powołaną w zeszłym roku. I jesteśmy dumni, że z lubuskiego Ania i Jurek Stańczykowie posiadający klasę taneczną B  zostali do niej powołani.

Tak więc w kategorii senior 3 w tańcach standardowych:

  1. miejsce Anna Stańczyk i Jerzy Stańczyk  NDK – Nowa Sól
  1. miejsce Anna Krzykwa i Wojciech Krzykwa NDK – Nowa Sól
  1. miejsce Marzanna Leszczyńska i Andrzej Leszczyński Fan Dance- Gorzów Wlkp.

W kategorii senior 3 w tańcach latinoamerykańskich:

  1. miejsce Anna Krzykwa i Wojciech Krzykwa NDK- Nowa Sól
  1. miejsce Marzanna Leszczyńska i Andrzej Leszczyński Fan Dance- Gorzów Wlkp.
  1. miejsce Elżbieta Wawrynowicz i Grzegorz Wawrynowicz Alex- Żagań                                                                                                                                                                                                                                         Nie mogę nie wspomnieć o milusińskich z Klubu Fan Dance, którzy tańczyli w moim bloku tanecznym i miałam okazję ich podziwiać bo był to jednocześnie Turniej o Puchar Wójta Gminy Świdnica.Sylwia Gałka i Michał Jaworski  zdobyli złoty medal w tańcach standardowych w klasie D, a brązowy medal wywalczyli w tańcach latinoamerykańskich.Alicja Giejbo i Michał Stępień wdrapywali się na podium pierwszego miejsca w kombinacji stylów.Brawo dla maluchów i młodzieży!Turniej uświetniły pokazy tańca argentino w wykonaniu uczestników kursów w różnym wieku. Pokazali się też tancerze pierwszego kroku. I były to liczne grupy.A już prawdziwą ozdobą i hitem imprezy był zapierający w piersiach pokaz tańca ….na rurze.A cóż mogą pokazać tancerze najwyższych klas tanecznych tańca towarzyskiego tańcząc na rurze?  Ano poezję, moi drodzy, poezję. W dodatku do muzyki Leonarda Cohena i utworu  wyjątkowego jak „Alleluja”. Agata Kocińska i Mateusz Śmikiel wzruszyli i zaskoczyli pewnie wszystkich na sali. No cóż,  ciary przeszły po plecach. To było bardzo … „ścipatielne” za serducho. Gratulacje za odważny i oryginalny pomysł.Taka oprawa podniosła poprzeczkę.Dziękujemy, że zechcieli nam kibicować Małgosia i Piotr Dębiccy, również tancerze z naszego Klubu Fan Dance.

277 total views, no views today

NIEDZIELA W KANSAS. WELCOME TO POLAND

KOS

Fot. wejście do kościoła katolickiego pw. Św. Michała Archanioła

Niedziela. Dziś znowu wybieramy metodystów. Niedzielne Msze św. w kościele katolickim odbywają się raz dziennie, także nabożeństwa w innych kościołach chrześcijańskich są jeden raz dziennie, w związku z tym można sobie wybrać dowolną godzinę i dowolny kościół.

Ponieważ u metodystów w trakcie trwającego nabożeństwa  jest zorganizowana edukacja religijna dla dzieci i młodzieży chętnie korzystamy z tego właśnie kościoła. Poprzez czytanie i plastykę, dzieci czynnie uczestniczą w modlitwie. Natomiast dorośli mogą spokojnie wysłuchać przeważnie długich kazań, często prowadzonych jakby w formie wykładów.

Dzisiaj pastor podjął temat: „ Co Jezus by powiedział o przemocy w szkole?”, najpierw pokazano krótkie filmiki o protestach młodzieży przeciwko przemocy, nagrane z młodzieżą z okolicznych szkół. Potem kaznodzieja skupił się na statystyce pokazującej gdzie i w jakich okolicznościach giną młodzi ludzie w Ameryce. Problemem jest tu posiadanie broni, bez której wielu ludzi nie wyobraża sobie bezpiecznego egzystowania.

Pastor nie dawał rozwiązania, nie ukierunkowywał, pozostawił ten problem do przemyślenia, niektórzy ludzie bardzo się wzruszyli, widać było jak ocierali łzy. Są to tereny, na których znajdują się rancha dlatego ludzie posiadający broń czują się bezpieczniej. I znowu pastor  przypomniał co o tym mówi Jezus.: kto mieczem wojujeod miecza ginie”. Prawo w Ameryce pozwala na posiadanie broni, zatem słowa pastora są tylko do przemyślenia. Przypomniał także, że jest duża różnica zdań dotyczących tej kwestii, wielu ludzi jest za posiadaniem broni, i wielu jest przeciw.  

Po raz kolejny przypomnę, że każdego wchodzącego do kościoła wita uśmiechnięty wolontariusz, pytający „How are You”. Ponieważ akurat padał deszcz więc mnóstwo ludzi przyszło z parasolami, naturalnym odruchem każdego wchodzącego było pozostawienie parasola w przedsionku kościoła. Nikt się nie zastanawiał, nad tym jak odnajdzie swój parasol, kładli je wszyscy, dorośli i dzieci. Potem spokojnie wchodzili do wielkiego holu. Ponieważ było jeszcze sporo czasu do rozpoczęcia nabożeństwa, niektórzy nalewali sobie kawę z ekspresów inni, po zalogowaniu się w komputerze zaprowadzali dzieci do odpowiednich klas, w których czekali wolontariusze – jacy- ?

Tak!! Uśmiechnięci!

Wchodząc jednym z kilku wejść, z holu do kościoła głównego, z daleka ujrzałam uśmiechniętą wolontariuszkę Helen, tą, którą poznaliśmy kilka tygodni temu na sali balowej. Po przywitaniu nas, powiedziała, że jej mąż jest chory, dlatego dziś jest sama. Natychmiast wskazała nam miejsce do siedzenia. Chociaż kościół posiada kilkaset miejsc, prawie wszystkie były już zajęte, tylko gdzieniegdzie można było dostrzec wolne. Powiedziałam, że czekamy na rodzinę i potrzebujemy czterech miejsc, najlepiej obok siebie ale niekoniecznie, od razu ruszyła na poszukiwanie, a ja za nią, żeby nie robiła sobie kłopotu. Rozpoczęło się nabożeństwo, siedzieliśmy całą czwórką obok siebie.

Tej niedzieli także odbył się jeden chrzest. Za każdym razem pastor bierze dziecko na ręce i oddala się od rodziców do chrzcielnicy. Pokazuje dziecko, lekko je unosząc, a przed momentem polewania wodą, prosi wiernych o wyciągnięcie ręki, aby w ten sposób dać znak przyjmowania dziecka do wspólnoty. Tym razem duchowny powiedział, trzymając dziewczynkę, że suknia, w której jest ubrana, ma sto lat. Chrzczona w niej była jej prababcia, babcia i mama, a teraz to kilkumiesięczne dzieciątko ma tę szatę na sobie. Ceremonia chrzcielna również ukazana jest na telebimach, gdzie także wyświetlane są słowa z Biblii. Wszystko to umieszczone jest pod olbrzymim witrażem obrazującym Jezusa Chrystusa.

Niżej rozciąga się scena, na której zasiada orkiestra. Piszę to już chyba po raz kolejny ale naprawdę oprawa muzyczna  zasługuje na uwagę. Wspaniała, filharmoniczna. W orkiestrze zasiadają uczniowie szkół muzycznych, dyrygentem był uczeń, który wcześniej wykonał śpiew liturgiczny. A w następnej kolejności zasiadł do fortepianu, akompaniując śpiewającej koleżance.

Orkiestra w pełnym składzie. Każdej niedzieli.

Pomyślałam sobie, nie dość, że podwójna modlitwa, bo kto śpiewa podwójnie się modli, to jeszcze doskonała praktyka. Występ przed olbrzymią publicznością, co tydzień. Na zakończenie także długi utwór, wtedy w skupieniu, jedni się modlą inni patrzą na grających, inni już idą po kawę a jeszcze inni wychodzą.

Zastanawiałam się jak to się dzieje, że wśród tak wielkiej ilości ludzi, byliśmy rozpoznawani, a chodzi o to, że podchodzili do nas ludzie z najbliższych rzędów, życząc nam dobrego pobytu, a przede wszystkim nas witając. Welcome!

Helen po zakończonym nabożeństwie chwyciła mnie za rękę i powiedziała, że musi mnie zaprowadzić do pastora Adama, on tam stoi już w holu. Szłam posłusznie za nią. Pastor rozmawiał z inną kobietą, ja w tym czasie powiedziałam Helen, że z tym pastorem mam nawet zdjęcie. Ona zrozumiała, że chcę z nim zrobić zdjęcie, ja znowu, że ja już z nim mam foto, a on w tym czasie spojrzał na nas:  How are You, I remember.

Helen była uradowana. Odeszłyśmy na bok. Zwróciłam uwagę na jej broszkę, którą miała przypiętą do sukni. Ponieważ była to ozdoba w formie fortepianu, z zachwytem powiedziałam: piękna broszka, ona natychmiast ją odpięła i przypięła do mojej sukienki. To prezent – powiedziała. Byłam zdumiona i uradowana, wtedy Grzegorz opowiedział jej o tym, że ja kolekcjonuję mini instrumenty i mam już pokaźną kolekcję. Była uradowana po raz kolejny.

Fortep

Nie chciała jeszcze nas opuścić, usiedliśmy przy stoliku, a ona powiedziała, że chciałaby zwiedzić Wieliczkę. Tym razem moja radość była wielka. Proszę bardzo! Tu znają naszą Wieliczkę. Zaproponowałam Kraków, a ona  – o tak, bardzo by chciała tam pojechać. Z dalszej rozmowy okazało się, że Helen była na misjach w europejskich krajach, w Islandii, Czechach i na Ukrainie – to w młodości, potem gdy wyszła za mąż musiała ograniczyć wyjazdy. Teraz w bardzo już dojrzałym wieku chce znowu wyruszyć w świat. I najbliższe plany to będą właśnie kraje europejskie i oczywiście Wieliczka. Zatem „Welcome to Poland”.

 

130 total views, no views today

TORNADO NADEJDZIE ZA GODZINĘ

MILLMIL

Od rana, pogoda była wspaniała, słońce grzało. Śnieżnobiałe chmury układały się w cudowne scenerie, niektóre stały w miejscu, inne wolniutko się przesuwały. Dzień rozpoczął się poranną kawą na tarasie. W takich momentach będąc w swoim polskim ogrodzie mawiałam: „Ameryka” – powiedzenie zapożyczyłam od Oli  Macierzewskiej – Pogodzińskiej. Ona wie o co chodzi. J.

Potem gdy wszystko było już prawie gotowe do obiadu, wychodziłam od czasu do czasu  na ogród nacieszyć się słońcem. W międzyczasie odebrałam maila. Na pierwszym miejscu zobaczyłam wiadomość:

– Zadzwońcie. Pilne!!!

Skontaktowaliśmy się z Konradem najszybciej jak można było, poinformował nas o ostrzeżeniu, że do Overland Park zbliża się tornado.

– Zachowajcie spokój i znoście najpotrzebniejsze rzeczy do pokoju znajdującego się w piwnicy i zabezpieczcie przedmioty w ogrodzie, które mogą zostać porwane przez prąd powietrza.

Wynosiliśmy m.in krzesła, stół i narzędzia. Ola natychmiast przeegzaminowała Paulę, na temat tego co jest najpotrzebniejsze w  chwili zagrożenia tornadem, tego właśnie m.in. uczą dzieci w szkole. Paula wyrecytowała: woda, jedzenie, latarka i koce.

– Ale, nie tak sobie wyobrażałam piątek po zajęciach. Dzisiaj planowałam się relaksować zażywając długiej kąpieli i oglądać ciekawy film – powiedziała Paula.

Teraz zrozumiałam dlaczego tutaj wszystkie domy są z drewna, a jeśli elewację stanowi cegła lub kamienie, to na pewno jest to tylko imitacja. Konstrukcje są lekkie, a dachy pokryte papą przypominającą dachówkę.

Ponieważ silne tornado niszczy wszystko co jest na powierzchni ziemi, dlatego w każdym domu jest specjalne miejsce na poziomie piwnicy, gdzie trzeba się skryć aby przeczekać zawieruchę pogodową. Domy zbudowane z lekkich materiałów nie stanowią większego zagrożenia gdy zostaną zburzone i przywalą piwnice. Wtedy jest łatwiejszy dostęp do osób zasypanych. Tornado trwa bardzo krótko, może się skończyć nie uszkadzając niczego ale jeśli zdarzy się nieszczęście i dom zostanie zburzony, wtedy ludzie w piwnicach czekają na ratowników, którzy ich wyciągną spod  gruzowiska.

Gdy dowiedziałam się o tym ostrzeżeniu, specjalnej reakcji to u  mnie  nie wywołało. Tylko Paula się dopytywała czy się stresuję.

– Nie – nie stresuję się – odpowiedziałam i nadal bez pośpiechu smażyłam naleśniki. Skoro nie bałam się przylecieć dwoma samolotami, a nigdy dotąd żadnym nie leciałam więc już się niczego nie boję.

Po pewnym czasie Paula znowu weszła do kuchni i stwierdziła, że ja cały czas jestem w tej samej pozie, stojąc miedzy kuchenną wyspą a piecykiem. – Chcę skończyć smażyć, zabierzemy je ze sobą na dół. – powiedziałam.

Wszyscy co pewien czas sprawdzali w internecie przemieszczanie się huraganów i tornada. Cała fala szła w naszym kierunku, według ostrzeżeń, za godzinę tornado mogło się pojawić w Overland Park.

Paula, przypominała nam co trzeba znosić do piwnicy, a sama poszła po swoje rzeczy. Nikt jednak nie mógł znaleźć latarki. Zaczęliśmy ładować swoje telefony, bo komórką też można przyświecić, a w razie potrzeby kontaktować się ze służbami ratowniczymi.

Po raz kolejny Paula poszła na górę, schodząc pokazała co wynosi do piwnicy. Niosła św. obrazek z  Aniołkiem, a obok niego cztery puchary, na widok których zaśmiałyśmy się. – Po co ci te puchary? Przecież wyszczególniłaś, co jest najważniejsze – powiedziała Ola.

– Mamo, to jest dla mnie bardzo ważne, bo to są puchary z Polski, one mi przypominają Polskę, ja nie mogę ich stracić – mówiła przejęta Paula, trzymając jeszcze w torbie kilka książek i niektóre zabawki.

To był dzień przypominający, co jest najważniejsze, w momencie gdy może to być ostatni dzień życia. Ola powiedziała, żebyśmy wzięli paszporty, bo gdyby górę domu zmiotło, to wszystko przepadnie, a wyrobić nowe dokumenty jest dość trudno.

W pierwszej kolejności wzięłam wizerunek Jezusa Miłosiernego „ Jezu Ufam Tobie” oraz paszporty. Potem znosiłam wodę,  koce i jedzenie. Spakowałam naleśniki i wszystko co było w zasięgu ręki, a więc owoce i pieczywo.

Szymonek i Korrnelia spokojnie się bawili nie zdając sobie sprawy z mogącego nadejść zagrożenia. W bawialni wśród zabawek rozłożoną mają stację kolejową, po środku której umieszczone jest plastikowe tornado. Od najmłodszych lat dzieci są uczone o panujących tu zjawiskach atmosferycznych i niebezpieczeństwach z nimi związanych.

Pogoda nieustannie się zmieniała ale było bardzo ciepło. Czasem robiło się ciemniej, momentami się rozjaśniało. Czasem wiało, momentami przestawało. Gdy wszystko już w piwnicy przygotowaliśmy, łącznie z miejscami noclegowymi na 7 osób, w internecie sytuacja zaczęła się zmieniać. Tornado zaznaczone czerwonym kolorem, zdawało się z lekka przemieszczać bokiem od Overland Park jakby ocierało się o sąsiadujący z Kansas stan Missouri.

Przed każdym takim niebezpieczeństwem zaczynają wyć syreny. W pewnym momencie dało się słyszeć ale bardzo, bardzo gdzieś daleko.

Z każdą chwilą mapy pokazywały minimalne oddalanie się tornado od Kansas. Aż wreszcie wyraźnie zaznaczony został zwrot frontu.

Ucieszyliśmy się ogromnie i całą rodziną postanowiliśmy wyjść na spacer.  Ruszyliśmy chodnikami, które położone są tylko z jednej strony jezdni, wśród pięknych domków, zadbanych trawników, kwitnących drzew, wokół których skakały wiewiórki i króliki. Wszystko ożyło, już nawet nie było żadnych oznak, przypominających o tym, że może nadejść choćby burza.

Z sąsiedniego domu wyszedł mężczyzna. Oczywiście, że uśmiechnięty i zadający rutynowe pytanie: jak się mamy? Ponieważ się do nas zbliżył więc się przywitaliśmy. On się przedstawił: mam na imię Igor.

– Igor? Jak to Igor? Konrad się zdziwił i zapytał jakiej jest narodowości.

– Jestem Ukraińcem ze Lwowa, a moja mama jest pół Polką – powiedział dopiero co poznany sąsiad, oznajmiając, że mieszka tu od 25 lat, przyjechał z żoną do jej rodziny. I już tu pozostał. Tu także urodziło się ich dwoje dzieci.

Wtedy Konrad przedstawił nas oznajmiając, że jesteśmy z Polski, więc Igor zaczął z nami rozmawiać po polsku. Bardzo sympatyczne jest takie spotkanie, mimo iż jesteśmy tu dopiero od miesiąca. Umówiliśmy się z Igorem na dłuższe spotkanie i poszliśmy dalej na spacer. W Kansas Polaków jest bardzo mało. Kilku, których spotkaliśmy byli Rosjanami :). Jak w poprzednich doniesieniach wspominałam, dla tubylców Polacy są Rosjanami.

Tornado nas ominęło. Paulinka podczas wieczornego pacierza dziękowała Panu Bogu, że nie nadeszło.

 

 

 

 

 

214 total views, no views today